czwartek, 9 maja 2013
Koniec epoki Buby
Ósmego dnia maja skończyła się pewna piłkarska epoka. Już od godzin porannych serwisy informacyjne bombardował news o przejściu na emeryturę szkoleniowca Manchesteru United Aleksa Fergusona. Szkota można nie lubić, ale trzeba mu oddać, że swoją pracą solidnie zapracował nie tylko na tytuł szlachecki, ale i szacunek całego światka piłkarskiego. Natomiast w godzinach wieczornych, po godzinie 19, w Sosnowcu dowiedzieliśmy się o rezygnacji trenera Górnika Wałbrzych Roberta Bubnowicza. Też zakończyła się pewna epoka. Oczywiście wałbrzyszanina nie ma co porównywać z Fergusonem, ale staż pracy w klubie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach musi budzić szacunek.
Bubnowicza można lubić lub nie, ale całą jego kadencję trzeba ocenić pozytywnie. Początki były trudne, bo Górnik/Zagłębie w sezonie 2007/08 mimo planów nie zdołał ani włączyć się do walki o awans do nowej drugiej ligi, ani awansować do nowej trzeciej ligi, a pozostanie w czwartej oznaczało de facto degradację o klasę rozgrywkową niżej. Te blisko 6 lat temu kiedy Buba zaczynał pracę szkoleniową (nie liczę tu epizodów w zastępstwie nieobecnego Ryszarda Mordaka) razem z nim pracowali do wczoraj Grzegorz Michalak, Marek Wojtarowicz, Adrian Moszyk. Później była rewolucja, czyli pojawienie się większych pieniędzy, a co za tym idzie zastępu piłkarzy, którzy wrócili w rodzinne strony i marsz w górę – awans do 3.ligi (2009) i do 2.ligi (2010). Obecny sezon jest trzecim z kolei, w którym Górnik gra na trzecim szczeblu rozgrywek. Były chwile na tym szczeblu radosne i smutne, ale wiosna tego roku pod względem rezultatów wygląda po prostu tragicznie. Trzeba mocno przekopać klubowe kroniki by doszukać trzech kolejnych porażek różnicą trzech lub więcej bramek. W ciągu 10 dni wałbrzyszanie stracili aż 13 goli. Ale nie ten beznadziejny okres zadecydował o rezygnacji Roberta. Po obiecującej jesieni, kiedy to wałbrzyszanie byli przez moment rewelacją Pucharu Polski, po rezygnacji Lecha Rypin na rundę rewanżową wystartowali z piątego miejsca. Do tego należy dodać wreszcie organizacyjną stabilizację. Jednym słowem – tak dobrze jeszcze nie było i nic dziwnego, że znaleźli się tacy co oczami wyobraźni widzieli Górnik bijący się o awans. Kadra uszczupliła się co prawda o Dawida Kubowicza, ale powrócił Michał Oświęcimka, po kontuzjach mieli powrócić Janowie Bartoś i Rytko. Pierwszy wiosenny mecz z Chojniczanką, gdzie błysnął debiutujący nastoletni Michał Bartkowiak odbił się szerokim echem w całym kraju. Jak się okazało był to łabędzi śpiew, bowiem od tamtej pory górnicy strzelili raptem jednego gola, dwukrotnie bezbramkowo zremisowali a … przegrali. Niektórzy doszukiwali różnych przyczyn. Cytując Bogdana Skibę – za ciężki obóz zimowy, samozadowolenie zawodników, zbyt lekkie treningi w kwietniu, podziały w drużynie Ale samą chorobę na którą cierpi zespół najtrafniej zdiagnozował sam trener, który na konferencji po meczu z Zagłębiem Sosnowiec powiedział: po 6 latach konieczna jest zmiana, potrzeba czegoś świeżego. Na tyle się nawarstwiło, że ten hamulec ręczny jest zaciągnięty. Nie jest to moja ucieczka przed całą sytuacją. Ktoś musi spojrzeć na nowo na ten zespół. Przez cały czas mojej pracy awansowaliśmy z IV do II ligi, gdzie funkcjonowaliśmy 3 sezony, ale na dziś się to zacięło.
Jeśli chodzi o współpracę trenera Bubnowicza z zarządem to nie była ona łatwa ze względów na czynniki nie zależne od szkoleniowca. Jeśli niewiadomo o co chodzi to wiadomo, że chodzi o kasę. Na pewno nie było łatwo Bubie kiedy wiadomo było, że klub nie w stanie zapewnić jakiekolwiek sensownego transferu (królestwo za napastnika!), piłkarze nie dostawali pieniędzy od miesięcy, a mimo to potrafił wykrzesać z podopiecznych to co najlepsze. Ambicją, wolą walki zjednali się sobie kibiców i to jest jeden z największych sukcesów Roberta Bubnowicza. Nie słychać było narzekań, konfliktów, trener był nawet na akademickich rozgrywkach kosztem ligowych pojedynków. Zarząd obdarzył sporym kredytem zaufania, bo wcześniej nie miał zbytnio alternatywy (tutaj kłaniają się ponownie finanse), ale też Bubnowicz z drużyną nie dawali zbytnio powodów do niepokoju. Owszem, zdarzały się okresy niepokoju – początek poprzedniego sezonu z porażką 0:5 w Legnicy na czele- ale wytrzymano ciśnienie co zaowocowało w późniejszej fazie sezonu. Obecna runda jest fatalnie rozgrywana przez piłkarzy, ale i przez zarząd. Już nieco wcześniej były objawy, że coś nie tak funkcjonuje w zespole. Radykalne kroki zostały podjęte dopiero po kompromitacji z Jarotą, czyli spotkanie trenera, rady zespołu z zarządem. Te pogrożenie paluszkiem moim zdaniem było tylko ruchem medialnym p.Gawlika. Ultimatum dał drużynie dwa mecze zanim zostaną wyciągnięte konsekwencje. Klęska na Stadionie Ludowym nie zmienia nastawienia zarządu – Mariusz Gawlik chce rozmawiać z Bubnowiczem, który obiektywnie podszedł do tematu, nie ucieka od odpowiedzialności, zachował się z klasą. Czy zarząd nie widzi, że w tej chwili Górnik Wałbrzych już walczy o utrzymanie w drugiej lidze? Z jednej strony termin rozmowy zespołu z zarządem – 3 dni po meczu z Jarocinem, dzień przed Sosnowcem – wskazywał, że wynik meczu z Zagłębiem nie będzie miał znaczenia dla losów trenera/drużyny. W tak krótkim czasie nikt rozsądny nie podejmowałby radykalnych kroków – 24 godziny przed meczem.
Najbliższy mecz z beniaminkiem z Wejherowa jest meczem nie o sześć, ale dziewięć punktów! Gryf już zrównał się z Górnikiem punktami, a że jesienią wygrał 1:0 to dzięki temu jest wyżej w tabeli. W chwili obecnej wiadomo, że ligę opuszcza Lech Rypin, dzięki któremu możemy liczyć na darmowe 3 punkty. Blisko degradacji jest Elana Toruń (14 punktów przewagi ma Górnik i dwa mecze mniej rozegranych). A że w 1.lidze w strefie spadkowej są Polonia Bytom i Warta Poznań najprawdopodobniej ligę opuszczą jeszcze zespoły z miejsc 15 i 16. Obecnie zajmujące MKS Oława (8 punktów straty do wałbrzyszan, rozegrany mecz więcej i konieczność wygranej w bezpośrednim pojedynku by zniwelować 0:2 z Ratuszowej) i Ruch Zdzieszowice (4 punkty mniej, jeden mecz więcej rozegrany i gorszy bilans bezpośrednich meczów z Górnikiem - 0:1, 0:0). W Oławie i Zdzieszowicach wierzą w skuteczny finisz. Nie po to zatrudniono Zbigniewa Smółkę by firmował swoim nazwiskiem degradację, Ruch wywalczył w Polkowicach punkt, gdzie nie tak dawno Górnik dostał 5:1. Ostatnie 6 kolejek zapowiada się frapująco. Górnik zagra jeszcze zaległe mecze z ROW (dom) i Rakowem (wyjazd), które w ostatnim czasie nie grają najlepiej i mecz z wałbrzyszanami będzie dla nich znakomitą szansą na przełamanie. W międzyczasie po spotkaniu z Gryfem wyjazdy do Katowic, Oławy i Głogowa. Na Ratuszową zawita jedynie Calisia, bo Rypin już nie gra. Gryf ma zaległy mecz w Chojnicach, a po meczu przy Ratuszowej: Raków (d), Ruch (w), Tur (d), Elana (w), Polkowice (d);MKS Oława zaległy mecz w Turku, a także: Bytovia (w), MKS (d), ROW (w), Górnik (d), Raków (w), Ruch (d).Ruch ma zaległy mecz u siebie z walczącym o awans ROW a do końca rozgrywek zagra z Jarotą (d), Zagłębiem (w), Gryfem (d), Rozwojem (w), Oławą (w) i otrzyma 3 punkty za mecz z Lechem. Krótka analiza i okazuje się, że wałbrzyszanie nie mogą spać spokojnie. Wiosną z wyjazdów przywieźli zero punktów – Rozwój Katowice uznawany jest za jedną z wiosennych rewelacji i punkty stamtąd wywieźć będzie niezmiernie trudno. Derby regionu – wiadomo. Tak więc najbliższy mecz z Gryfem może okazać się kluczowym w końcowym rozrachunku.
Robert Bubnowicz podjął męską decyzję i złożył rezygnację. Jednym z argumentów na „nie” jeśli chodzi o jego skromną osobę w przeszłości to brak odpowiednich udokumentowanych kwalifikacji – bo do dziś na stronie DZPN można doczytać się, że posiada licencję B13. Czy jego następcą mógł być „figurant” a wpisany do protokołu będzie Marian Bach? Raczej nie. Polityka personalna zarządu klubu oscyluje tylko i wyłącznie wokół Wałbrzycha i okolic – to się tyczy graczy, a czy wśród szkoleniowców jest potencjał by poprowadzić godnie drugoligowca? Przeglądając nazwiska to nie ma zbytniego wyboru. Zarząd podjął decyzję powierzenia zespołu Maciejowi Jaworskiemu, który jako zawodnik grał m.in. w Górniku Wałbrzych, KP Wałbrzych, Sokole Pniewy, Pogoni Świerzawa, Polonii Świdnica. Jest to niespodzianka, bo dla wielu jest to anonimowa postać. W Wałbrzychu jako piłkarz zapamiętany został z kapitalnej wiosny 1993 roku, kiedy to trzema bramkami przyczynił się do utrzymania zespołu w drugiej lidze. Nie dane mu było zagrać w ekstraklasie w Pniewach, jak niektóre źródła twierdzą. Jako szkoleniowiec posiada licencję A więc nie ma przeszkód by prowadził wałbrzyszan w drugiej lidze. Jest to na tyle ważne nie tylko z powodów proceduralnych, ale i ekonomicznych, bowiem uznany licencjonowany szkoleniowiec musiałby dojeżdżać i na pewno ma większe wymagania finansowe niż debiutant na takim szczeblu jakim jest popularny w Wałbrzychu „Jawor”. Maciej prowadził juniorów i seniorów w Świdnicy, Mieroszowie, a ostatnio jest zaangażowany w pracę z najmłodszymi adeptami futbolu w Wałbrzychu. Z Polonią nie osiągał rewelacyjnych wyników, bo bardzo szybko pożegnał się z posadą. Czy uda mu się odmienić oblicze Górnika?
Nie jest do końca prawdą, że prezes Gawlik pojechał do PZPN tylko i wyłącznie załatwić pozwolenie na prowadzenie zespołu Jaworskiemu. Otóż związek wezwał przedstawicieli drugoligowców by przedyskutować ewentualną reformę rozgrywek.
piątek, 3 maja 2013
Legia bliżej Pucharu Polski
Tegoroczna edycja krajowego pucharu jest na ostatniej prostej - za kilka dni w Warszawie zostanie rozegrany ostatni mecz. Co prawda w futbolu wszystko możliwe, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że przy Łazienkowskiej trofeum wzniesie kapitan gospodarzy - warszawskiej Legii. W tym sezonie po wielu latach w pucharze udanie zaprezentował się wałbrzyski Górnik, który dopiero po dogrywce odpadł z rywalizacji z Olimpią Grudziądz. Gdyby jakimś cudem udało się jesienią wyeliminować (ach ten karny Michalaka...) pierwszoligowca to wiosną piłkarze Roberta Bubnowicza zaliczyliby wizytę dwumecz z Legią. Złośliwi zauważą, że dobrze się stało, że Górnicy nie zagrali z Saganowskim i spółką, bo pod Chełmcem uniknięto tym samym wstydu - patrząc na obecną dyspozycję wałbrzyszan. Mimo wszystko sukcesy w pucharowej rywalizacji Górnika zostały zauważone i zapewne wydatnie przyczyniły się do pozytywnie zakończonych rozmów z sponsorami.
Wśród dolnośląskich drużyn zaledwie trzy doszły do ostatniego etapu pucharowej rywalizacji. Śląsk Wrocław dwukrotnie (1976,1987) okazał się w finale lepszy od mieleckiej Stali oraz GKS Katowice. Wśród triumfatorów 37 lat temu byli m.in. Zygmunt Garłowski czy Tadeusz Pawłowski, którzy na Oporowską trafili z Wałbrzycha. W 1992 przy Łazienkowskiej sensacyjnie drugoligowa Miedź Legnica (z Piotrem Przerywaczem w składzie) ograła po karnych Górnika Zabrze. W minionej dekadzie dwa lata z rzędu Zagłębie Lubin znalazło się w finale i dwukrotnie przegrało po dwumeczach: w 2005 0:2, 1:0 z Dyskobolią, a rok później 2:3, 1:3 z Wisłą Płock. W tym roku trzeci raz szansę zdobycia pucharu mają wrocławianie, którzy kontynuują znakomitą passę: po wicemistrzostwie sięgnęli po tytuł mistrza kraju, a teraz mają szansę na trzeci medal MP. Strata w lidze do prowadzącego duetu jest zbyt duża, ale szansa na trzecią lokatę jest jak najbardziej realna. Podopieczni czeskiego trenera Stanislava Levy'ego najlepsze mecze rozegrali w PP - zwłaszcza w półfinałowym dwumeczu z Wisłą Kraków. Finał pucharu oznacza, że w praktyce Śląsk zakwalifikował się do europejskich pucharów. Aby w nich nie zagrać, to oprócz przegrania finału z Legią wrocławianie musieliby wylądować na piątym miejscu, a warszawianie nie mogliby być mistrzem. Jest to oczywiście możliwe.
Abstrahując od emocji związanych z antagonizmami na linii Wrocław-Warszawa (od kibiców poprzez piłkarskich chórzystów po mistrzostwie Śląska czy wykupienie last minute Jodłowca przez Legię po zamieszanie z liczbą biletów dla przyjezdnych kibiców) skład finalistów tegorocznej edycji mógł zadowolić najwybredniejszych. Obie drużyny pokazały w tym sezonie, że potrafią stworzyć niezłe widowisko, mają coś do udowodnienia przeciwnikowi. Po raz pierwszy od ponad roku Stadion Miejski został zapełniony przez tłumy. Na trybunach dwutysięczna grupa kibiców ze stolicy. Atmosfera piłkarskiego święta nie znalazła odzwierciedlenia na boisku, bowiem gospodarze nie potrafili wypracować sobie strzeleckich sytuacji, a w defensywie po indywidualnych błędach już do przerwy stracili dwie bramki, które praktycznie przesądziły o losach rywalizacji. Legia po ostatnim remisie w lidze czuje oddech Lecha Poznań, który zbliżył się na 2 punkty. Mistrzostwo jest dla niej priorytetem i Jan Urban tradycyjnie w pucharze dał odpocząć czołowym graczom dając szansę dublerom (Skaba, Suler). To miał być handicap dla Śląska, który nie mógł jedynie skorzystać z usług wykartkowanego Kokoszki. Jak się okazało większy potencjał zmienników na tę chwilę mają warszawianie. Według uważnych obserwatorów aktualny jeszcze mistrz za kadencji czeskiego trenera gra lepiej niż za Lenczyka, ale nie przekłada się to na wyniki. Wciąż jest dużo znaków zapytania co do wyborów personalnych. Grodzicki, Patejuk, Voskamp, Diaz w ogóle nie grają kosztem Stevanovića czy Mouloungui. Ale to już problem wrocławian. W finałowym spotkaniu Legia zneutralizowała asa atutowego miejscowych, czyli Milę, a Kaźmierczak i Sobota, których niektórzy widzą nawet w kadrze byli niewidoczni. Czkawką odbija się brak klasowego napastnika jakim jest choćby wiekowy Saganowski czy trudny do zatrzymania Gruzin Dwaliszwili.
Ósmego maja przy Łazienkowskiej zostanie wręczony triumfatorom Puchar Polski. Nie będzie blisko 40 tysięcy na trybunach tak jak to było we Wrocławiu. Dla warszawian będzie to piłkarskie święto, najprawdopodobniej trzeci z rzędu i historyczny, bo szesnasty triumf w 22 finale (również rekord) PP.
Wśród dolnośląskich drużyn zaledwie trzy doszły do ostatniego etapu pucharowej rywalizacji. Śląsk Wrocław dwukrotnie (1976,1987) okazał się w finale lepszy od mieleckiej Stali oraz GKS Katowice. Wśród triumfatorów 37 lat temu byli m.in. Zygmunt Garłowski czy Tadeusz Pawłowski, którzy na Oporowską trafili z Wałbrzycha. W 1992 przy Łazienkowskiej sensacyjnie drugoligowa Miedź Legnica (z Piotrem Przerywaczem w składzie) ograła po karnych Górnika Zabrze. W minionej dekadzie dwa lata z rzędu Zagłębie Lubin znalazło się w finale i dwukrotnie przegrało po dwumeczach: w 2005 0:2, 1:0 z Dyskobolią, a rok później 2:3, 1:3 z Wisłą Płock. W tym roku trzeci raz szansę zdobycia pucharu mają wrocławianie, którzy kontynuują znakomitą passę: po wicemistrzostwie sięgnęli po tytuł mistrza kraju, a teraz mają szansę na trzeci medal MP. Strata w lidze do prowadzącego duetu jest zbyt duża, ale szansa na trzecią lokatę jest jak najbardziej realna. Podopieczni czeskiego trenera Stanislava Levy'ego najlepsze mecze rozegrali w PP - zwłaszcza w półfinałowym dwumeczu z Wisłą Kraków. Finał pucharu oznacza, że w praktyce Śląsk zakwalifikował się do europejskich pucharów. Aby w nich nie zagrać, to oprócz przegrania finału z Legią wrocławianie musieliby wylądować na piątym miejscu, a warszawianie nie mogliby być mistrzem. Jest to oczywiście możliwe.
![]() |
| Marek Saganowski -bohater finału we Wrocławiu |
Ósmego maja przy Łazienkowskiej zostanie wręczony triumfatorom Puchar Polski. Nie będzie blisko 40 tysięcy na trybunach tak jak to było we Wrocławiu. Dla warszawian będzie to piłkarskie święto, najprawdopodobniej trzeci z rzędu i historyczny, bo szesnasty triumf w 22 finale (również rekord) PP.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Polkowice
Polkowice niezbyt dobrze będą kojarzyć się Robertowi Bubnowiczowi. Jego dwie wizyty w roli szkoleniowca zakończyły się dwiema dotkliwymi porażkami i stratą łącznie 10 bramek. Nie jest prawdą to, co donosi na swojej stronie Bogdan Skiba, że wałbrzyszanie NIGDY nie wygrali z polkowickim zespołem, bo wystarczy sięgnąć pamięcią do nieodległych, zwłaszcza dla redaktora Skiby, lat 90-tych, kiedy to Górnik Polkowice był trzecioligowym co najwyżej średniakiem i nie był wymagającym rywalem, choćby dla KP Wałbrzych. Na przełomie wieków nastąpił dla polkowiczan czas prosperity, którego zwieńczeniem był awans do ekstraklasy. Jak się po czasie okazało za sukcesami sportowymi stała duża kasa pompowana z miejskiej kasy na kupowanie meczów. Pokłosiem była karna degradacja Górnika Polkowice oraz dyskwalifikacje i wyroki dla kilkunastu piłkarzy, trenerzy, działaczy. Na cenzurowanym znaleźli się m.in. byli gracze wałbrzyskich klubów na czele z bratem obecnego stopera Górnika Marka Wojtarowicza- Marcinem. A że Polkowice wciąż należy do najbogatszych gmin w kraju, władze nadal chcą promować się poprzez sport oprócz rozbudowywania infrastruktury sportowej dotowane są kluby sportowe. W tym roku koszykarki polkowickiego CCC zdobyły mistrzostwo Polski. A futboliści, mimo degradacji z zaplecza ekstraklasy, mają się dobrze, a to dzięki nawiązaniu ściślejszej współpracy z Zagłębiem Lubin. Stamtąd trener Adam Buczek, świętujący swego czasu sukcesy z juniorami oraz Młodą Ekstraklasą, wziął grupę młodych zdolnych graczy, którzy dość długo się rozkręcali w drugiej lidze, ale dziś są na dobrym 4.miejscu a wiosną udanie zabrali punktom liderom z Bytowa czy Rybnika.
Wynik meczu
Polkowice-Górnik Wałbrzych jest po trosze szokującym. Sporo miejsca poświęcił
temu Bogdan Skiba, a ja również byłem i widziałem. Wałbrzyszanie to najgorsza do
tej pory ekipy rundy wiosennej – do wczorajszego meczu nie potrafiła strzelić
bramki na wyjeździe, jako jedyna nie potrafi zapunktować wiosną poza własnym
obiektem. Gra-cytując trenera Bubnowicza - „nie wygląda najlepiej”. Bardziej
dosadniej określali poczynania Górnika obiektywni obserwatorzy – w Głosie
Wielkopolskim po meczu w Turku trener miejscowych Zdzisław Sławuta zauważył, że
wałbrzyszanie w ogóle zagrozili bramce rywala. W Gazecie Pomorskiej kierownik
Elany stwierdził, że tak słabo grającego Górnika jeszcze nie widział, a niecałe
dwa lata temu przy Ratuszowej torunianie grali przecież z Górnikiem, który ze
względu na akademickie mistrzostwa grali bez kilku podstawowych graczy. Jeśli
dodamy do tego absencje kartkowe dwóch podstawowych do tej pory obrońców, a
przede wszystkim kontuzję Jaroszewskiego to perspektywy wałbrzyszan przez
poniedziałkowym meczem w Polkowicach nie były różowe. Tymczasem z całą
odpowiedzialnością twierdzę, że Górnik Wałbrzych nie zasłużył na tak wysoką
porażkę. Jeśli chodzi o skład to niespodzianką było pojawienie się Michała Oświęcimki,
który rzekomo miał nie zagrać do końca rundy. Tu po raz kolejny kłania się
rzetelność newsów redaktora Skiby, za którym ogólnopolskie portale powtórzyły
informację o długiej pauzie „Cimka”. Nim mecz na dobre się zaczął to KS
Polkowice już prowadził. Krzyżowe podanie na lewą stronę, gdzie przysnął
Grzegorz Michalak, który nie zablokował dośrodkowania po ziemi, Wojtarowicz nie
potrafił zatrzymać Skrzypczaka i 1:0. Wtedy faktycznie można było wyrokować
pogrom. Górnicy jednak zneutralizowali poczynania rywala w środku pola i gra
wyglądała długimi minutami dość dobrze. Nie było co prawda strzałów, ale udanie
dryblował po prawej stronie Michał Bartkowiak, szarpał Oświęcimka, próbował
strzelać Zinke. Wreszcie błąd defensywy gospodarzy, Daniel Zinke z lewej strony
po ziemi dośrodkował, obrońca wybił za krótko piłkę a Michalak mocnym strzałem przełamał fatum nieskuteczności
wyjazdowej. Na nieszczęście, remisu nie udało się utrzymać do przerwy. Po
dyskusyjnym rzucie rożnym w bramce polkowiczanie przyblokowali niezdecydowanego
Jarosińskiego i było już 2:1. Na nic zdała się zmiana ustawienia skrzydłowych –
ostatnią minutę zresztą wałbrzyszanie grali w dziesięciu po urazie Michała Bartkowiaka.
Po przerwie Dominik
Radziemski zastąpił Bartkowiaka i niestety nie była to jakościowo dobra zmiana.
Wałbrzyszanie z czasem uzyskali optyczną przewagę w środku pola, ale tak jak
było dzień wcześniej w Lubinie na derby Dolnego Śląska w ekstraklasie – goście
grali, częściej operowali piłką, a gole strzelali gospodarze. Górnicy w
przeciwieństwie do ostatnich meczów zaczęli oddawać celne strzały w światło
bramki. Konkretnie udało się to dwukrotnie Marcinowi Morawskiemu. Niestety,
ostatni kwadrans przyniósł prawdziwą katastrofę. Kat z I połowy meczu,
najskuteczniejszy snajper ligi, Szymon Skrzypczak wygrał pojedynek z Michałem
Łaskim oddał piłkę Adrianowi Krysianowi, który nie atakowany przez nikogo spokojnie pokonał Jarosińskiego.
Wałbrzyszanie ruszyli jeszcze do ataku, ale po prostu zabrakło atutów.
Oświęcimka z Zinke gaśli z minuty na
minutę, więc słusznie zostali zmienieni, choć na zmianę na pewno bardziej
zasłużył Adrian Moszyk, który po raz kolejny „grał piach”. Nie sposób ocenić
występ Sobczyka i Rytko, bowiem grali za krótko. Poza tym ten ostatni stratą piłki przyczynił się do utraty bramki. Przy czwartym golu również „błysnął” asystent sędziego głównego, który już przed przerwą
zasygnalizował, że może wywinąć numer (po ewidentnym wybiciu piłki przez
wałbrzyskiego obrońcy za linie boczną pokazał wrzut z autu dla Górnika,
sygnalizowanie kontrowersyjnego rzutu rożnego po przeciwnej stronie boiska).
Puścił ewidentnego spalonego po którym poszło ostre dośrodkowanie w pole
bramkowe. Nie poradził sobie z nim ani Jarosiński, ani próbujący wybijać piłkę
Wojtarowicz i Mateusz Szczepaniak zdobył bodaj najłatwiejszą w swojej karierze
bramkę. W końcówce dobił gości kolejny Szymon – Sołtyński, który pojawił się po
przerwie i kilkakrotnie pokazał wałbrzyskim defensorom swoją imponującą
szybkość. Brak asekuracji, prostopadłe podanie, sytuacja sam na sam, zawahanie
Jarosińskiego, celny strzał i po zawodach. Górnik po raz drugi w karierze
drugoligowej stracił 5 bramek. W obu tych spotkaniach wałbrzyskiej bramki
bronił Kamil Jarosiński. Grubą przesadą jest obwinianie młodego bramkarza za
pogromy w Legnicy i Polkowicach, ale na pewno Damian Jaroszewski w kilku
przypadkach zachowałby się lepiej. W Polkowicach w normalnej dyspozycji Jogi
nie dopuściłby do puszczenia 2-3 z pięciu bramek. Kamil płaci frycowe, brakuje mu
rytmu meczowego (kłania się brak rezerw), ale nabiera doświadczenia, które może
zaprocentuje w przyszłości.
Poniżej bramki i wypowiedzi - tv.polkowice.pl
Poniżej bramki i wypowiedzi - tv.polkowice.pl
Górnik nie zagrał
tragicznie, z przebiegu gry nie zasłużył na pogrom, ale przegrał zasłużenie, bo
wciąż nie potrafi stwarzać zagrożenia pod bramką rywala. Nie ma zagrożenia, nie
ma strzałów, nie ma co za tym idzie bramek i nie ma punktów. Zamiast spoglądać
w górę tabeli trzeba coraz częściej spoglądać za plecy, gdzie punktuje Gryf,
Jarota (najbliższy rywal, który pokonał ROW Rybnik) czy Ruch. Zapowiada się
nerwowy maj. Nie ma co szukać winy w kiepskiej ofensywnie tylko i wyłącznie w Danielu
Zinke, który nie dostaje prostopadłych piłek, by mógł zaprezentować swoje
atuty, czyli szybkość i drybling. O Moszyku szkoda pisać, choć liczono, że
jesienią i zimowymi sparingami odblokował się na dobre. Jan Rytko dopiero
zaczyna nadrabiać zaległości. Grający z blokadą Michał Oświęcimka raczej będzie
wystawiany na boku pomocy niż na szpicy, by zminimalizować ryzyko kontuzji
barku. W drugiej linii trzeba polegać JEDYNIE na strzały Morawskiego. Tomasz
Wepa poświęcił się dozgonnie destrukcji tak, że chyba on sam nie pamięta kiedy
podjął się próby strzału na bramkę rywala w drugiej lidze. Nie mówiąc już o
strzeleniu bramki.
Blisko 6 lat temu
wałbrzyszanie (pod szyldem Górnik/Zagłębie) przegrali w Polkowicach (wówczas gospodarze
grali jako Górnik) 2:5. Z autopsji pamiętają tamten mecz G.Michalak, A.Sobczyk,
A.Moszyk (wtedy nawet strzelił bramkę). Wydaje się, że minęła cała epoka.
Polkowice wówczas rozpoczęli marsz pod wodzą Dominika Nowaka, który zakończył
się na zapleczu ekstraklasy. Po spadku odradzają się, a Nowak zaistniał
jesienią we Flocie Świnoujście. Wałbrzyszanie z kolei wówczas zostali w IV
lidze co oznaczało spadek na piąty szczebel rozgrywek. Dopiero wtedy nastąpiła
rewolucja kadrowa co zaowocowała kolejnymi awansami. W sierpniu 2007 polkowicki
pogrom był jednym z ostatnich występów Roberta Bubnowicza w roli piłkarza (jego
partnerem na boisku był Piotr Przerywacz), który jednocześnie pełnił już rolę
trenera. Czy ten ostatni polkowicki mecz był jednym z ostatnich w roli trenera?
sobota, 20 kwietnia 2013
Reformy, reformy
Znane
jest porzekadło, że lepsze jest wrogiem dobrego. Nowy zarząd PZPN ostro wziął
się do roboty na początku swojej kadencji od razu zyskując wielu zwolenników.
Pożegnanie siermiężnych działaczy, skompromitowanych po większości decyzji
tylko temu procesowi pomogło. Czas jednak pokazuje, że nie wszystkie nowe
reformy przynoszą spodziewane efekty.
CLJ –
czyli Centralna Liga Juniorów była jednym z priorytetów nowego zarządu pod
egidą Zbigniewa Bońka. Jeszcze za czasów pracy w łódzkim Widzewie był on
przeciwnikiem Młodej Ekstraklasy i wszystko wskazuje, że ta liga zakończy swój
byt. Prócz pojedynczych przypadków potwierdzających regułę, liga nie przyniosła
wymiernych korzyści w postaci młodych zdolnych graczy wypierających ze składów
doświadczonych obcokrajowców. Również narzekano na poziom rozgrywek o tytuł
mistrza kraju juniorów, gdzie w regionalnych rozgrywkach ligowych potentaci
odprawiali maluczkich z dwucyfrowym bagażem bramek. Wojewódzki hegemon
brutalnie był weryfikowany podczas turnieju finałowego, więc receptą mają być
częstsze rywalizacji między mocnymi juniorskimi ekipami. W tym sezonie
obserwujemy eksperyment – po rundzie jesiennej po dwie najlepsze ekipy wiosną
rywalizować będą w mniejszym gronie, ale o większym zasięgu. Zespoły otrzymały „na dzień dobry” marchewkę
w postaci finansowego bonusu 15 tysięcy na organizację meczów. Już po pierwszej
kolejce idea CLJ otrzymała cios z Sulęcina. Miejscowa Stal pojechała do Opola
na mecz z miejscowym MOSiR-em i wróciła z wynikiem 0:12. Po tym wycofała się z
rozgrywek tłumacząc kłopotami z boiskiem, które jest w remoncie i brakiem
możliwości przyjmowania rywali. Wśród drużyn będących w czołówce tabel
poszczególnych grup próżno szukać znanych nazw – kluby bowiem tłumaczą się
udziałem czołowych juniorów w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy, gdzie mogą
rywalizować ze starszymi zawodnikami. Błędne koło. Według głównego promotora
pomysłu Romana Koseckiego do CLJ trafić by miały trzy drużyny z danego
województwa. Biorąc pod uwagę, że Dolny Śląsk reprezentują już Zagłębie Lubin i
Śląsk Wrocław, to wygrana DLJ daje przepustkę właśnie do przyszłorocznej edycji
CLJ. Podopieczni Piotra Przerywacza mają więc o co walczyć. I tylko żal słuchać
Bogdana Skiby, który podczas sobotniego meczu Górnika z Ruchem próbował wmówić,
że juniorzy wygrali swój mecz ze Śląskiem, bo ten nie przyjechał na mecz…
Sędziowie.
Temat rzeka. Najpierw był eksperyment z kilkoma profesjonalnymi arbitrami,
potem znów stali się amatorami, a teraz mamy kilka zawodowych teamów. Zimą odbyli
zgrupowanie w Turcji i jeśli wierzyć w ich słowa to czas pomiędzy spotkaniami
to szereg treningów kondycyjnych, teoretycznych. Zmienił się system oceny pracy
sędziego przez Kolegium Sędziów PZPN – oprócz oceny wystawionej przez
obserwatora na meczu w składowe ogólnej noty wchodzi samoocena arbitra, czyli
przyznanie się do błędów oraz tzw. obserwator telewizyjny, który pisze opinie
na temat pracy arbitra po obejrzeniu zapisu video.
Życie pokazuje, że nadmiar
szczęścia jakim jest tak profesjonalne przygotowanie arbitrów nie zawsze idzie
w parze z nikłą liczbą błędów podczas meczów. Całkowicie skompromitowała się
idea wzięta z europejskich pucharów, czyli arbitrzy bramkowi. O meczu Wisły z
Legią i wyczynach pana Jarzębaka pisały wszystkie media. Kontrowersyjne w
ostatnich dniach decyzje, całkowicie zdyskredytowały według mnie najlepszych
arbitrów ligowych – Siejewicza i Musiała. Co ciekawe pomyłki obu przyniosły
wymierne korzyści warszawskiej Legii co uruchomiły fale domysłów i różnego
rodzaju teorii spiskowych. Nie ma już Lyczmańskiego, który tak ładnie
wypowiadał się w TVN na temat swojej pasji jakiej jest sędziowanie. Nie ma
niestety na szczeblu poważnych meczów w Europie żadnego Polskiego arbitra…
Gdzie czasy Jarguza, Listkiewicza czy Wójcika.
STADIONY to ciekawy temat nie tylko
architektoniczny, czy socjologiczny, jeśli chodzi o ludzi zasiadających na
trybunach. To wciąż nie rozwiązane problemy prawne. Szerokim echem w całym
kraju odbiły się incydenty z Białegostoku czy Warszawy, gdzie kibice drużyny przeciwnej
albo nie weszli na obiekt, albo byli wpuszczani w takim tempie, że garstka
szczęśliwców postanowiła w geście solidarności dołączyć do kolegów, których
kontrola przeciągała się w nieskończoność. Kary nałożone przez związek są
symboliczne, a rozwiązań prawnych póki co nie widać. Wciąż trzeba mieć karty
kibica, choć Zbigniew Boniek obiecuje, że wkrótce to się zmieni. Wielkie kluby, które nie mogą narzekać na
frekwencję optowali za nowym projektem rozgrywek wydłużającym sezon o kilka
meczy, czy powiększenie zysków o tzw. dzień meczowy. Tylko czy rewolucja jest
warta przeprowadzenia jeśli dotyczy zaledwie dwóch, trzech klubów? System licencyjny był obchodzony w różny sposób - albo nadzór infrastrukturalny, albo gra na innym obiekcie. Również w Wałbrzychu to przerabialiśmy, gdy alternatywą miał być stadion w Polkowicach. Nasz Stadion 1000-lecia postarzał się - trzy, cztery dekady temu był jednym z najbardziej funkcjonalnych obiektów w kraju, a teraz wstyd przed niektórymi zespołami, które od lat pokonaniu niekiedy kilkuset kilometrów muszą się przebierać w kontenerach. Oczywiście niebawem się to zmieni, ale co z trybunami? To, że na sektorze gości pojawiły się krzesełka, wprowadzono dystrybucję mat ochronnych przed brudnymi siedziskami na trybunach od strony Chełmca, zaczęto wpuszczać na sektor dla "vip-ów" (kto wie czym on się różni od sektorów B czy C oprócz sytuowania i ceny biletów?) nie znaczy się, że standard się powiększył. Ciekawe kiedy OSiR znajdzie sposób na potoki wody płynące przed wejściowymi bramami od strony wejścia na trybuny od strony ul.Piasta, gdzie nieźle trzeba się nagimnastykować. Czekam również na nadgorliwego kibica, który przyczepi się do wyrzucanych (?) do jednego wora odcinków biletów z nazwiskami, peselami i powoła się na ustawę o ochronie danych osobowych. Wszystko to pachnie prowizorką.
Reforma rozgrywek - oprócz juniorów nowy system rozgrywek czeka ekstraklasę. System licencyjny ma sprawić by nie było wycofań, a za zaniedbania mają być kary finansowe, punkty ujemne. Coraz więcej głosów mówi głośno o reformie drugiej ligi i powstaniu jednej połączonej z zachodniej i wschodniej. Chyba, że reformatorzy optować będą za powstaniem większej ilości grup o mniejszym zasięgu terytorialnym. Mamy już trzecią ligę dolnośląsko-lubuską, nie wiadomo co z czwartą, a DZPN już przymierza się do zreformowania klas okręgowych. Za rok zamiast czterech "okręgówek" miały by być dwie: wrocławska połączyć się miałaby z wałbrzyską a legnicka z jeleniogórską. To oczywiście spowodowałoby rewolucje w niższych ligach. Czy ilość mocnych ekip w A klasach, z których awans z grupy uzyskiwałby tylko mistrz podniósłby poziom rozgrywek? Sprawa dyskusyjna. Póki co im dłużej trwa kadencja nowego zarządu tym coraz więcej nowych pomysłów.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Debiut Zawadzkiego w lidze norweskiej
Jedną z ofiar nowej polityki personalnej wałbrzyskiego Górnika stał się Michał Zawadzki. Ten były reprezentant Polski juniorów nie pochodzi z okolic Wałbrzycha, więc działacze drugoligowca z Ratuszowej postanowili latem ubiegłego roku podziękować Michałowi za współpracę.
Jesienią nie udało mu się znaleźć klubu grającego na przyzwoitym szczeblu a w lutym można było przeczytać z lubuskich futbolowych źródeł, że Zawadzki wyemigrował do Skandynawii. Jego partnerem w nowym norweskim klubie jest Marcin Pietroń. 2 lata starszy pomocnik również pochodzi z Zielonej Góry, tyle, że w przeciwieństwie do Michała zaistniał w piłkarskiej ekstraklasie. W barwach Zagłębia Lubin, Arki Gdynia i Piasta Gliwice zaliczył 53 występy w ekstraklasie, w których zdobył sześć goli. W Lubinie wywalczył mistrzostwo oraz Superpuchar Polski. Ostatnio jesienią grał w GKS Katowice, a zimą trenował z liderem trzeciej ligi dolnośląsko-lubuskiej Lechią Zielona Góra.
Nowym przystankiem lubuskiego duetu w piłkarskiej przygodzie został Fram Larvik grający w drugiej grupie drugiej dywizji, czyli drugiej ligi - trzecim szczeblu rozgrywek, odpowiedniku naszej drugiej ligi. Obaj podpisali dwuletnie kontrakty. W Norwegii liga gra systemem wiosna-jesień i w miniony weekend nastąpił start rozgrywek. Fram w pierwszym spotkaniu przegrał na wyjeździe 3:4 z Nybergsund IL-Trysil, choć prowadził do przerwy 3:2. Polacy zebrali pochlebne recenzje, mimo, że obaj zobaczyli żółte kartki. Niestety, Norwegom sprawia kłopot pisownia nazwiska Michała, dla których jest "Zawadskim".
Pierwszym liderem grupy został klub Łukasza Jarosińskiego - spadkowicz Alta IF, który w premierze wygrał aż 4:1 na wyjeździe z Valdres. Wałbrzyski bramkarz, podobnie jak para rodaków z Larvik, również zobaczył żółty kartonik.
Mecze tego szczebla nie cieszą się dużym zainteresowaniem. Mecz Alty dla przykładu oglądało raptem niecałe 300 kibiców, a pojedynek drużyny Zawadzkiego ledwie 166 sympatyków futbolu.
![]() |
| M.Zawadzki |
Nowym przystankiem lubuskiego duetu w piłkarskiej przygodzie został Fram Larvik grający w drugiej grupie drugiej dywizji, czyli drugiej ligi - trzecim szczeblu rozgrywek, odpowiedniku naszej drugiej ligi. Obaj podpisali dwuletnie kontrakty. W Norwegii liga gra systemem wiosna-jesień i w miniony weekend nastąpił start rozgrywek. Fram w pierwszym spotkaniu przegrał na wyjeździe 3:4 z Nybergsund IL-Trysil, choć prowadził do przerwy 3:2. Polacy zebrali pochlebne recenzje, mimo, że obaj zobaczyli żółte kartki. Niestety, Norwegom sprawia kłopot pisownia nazwiska Michała, dla których jest "Zawadskim".
Pierwszym liderem grupy został klub Łukasza Jarosińskiego - spadkowicz Alta IF, który w premierze wygrał aż 4:1 na wyjeździe z Valdres. Wałbrzyski bramkarz, podobnie jak para rodaków z Larvik, również zobaczył żółty kartonik.
Mecze tego szczebla nie cieszą się dużym zainteresowaniem. Mecz Alty dla przykładu oglądało raptem niecałe 300 kibiców, a pojedynek drużyny Zawadzkiego ledwie 166 sympatyków futbolu.
niedziela, 14 kwietnia 2013
Czy to już wiosenny kryzys?
Te kilka doliczonych minut w meczu Górnika Wałbrzych z Chojniczanką Chojnice, w których gospodarze będący w beznadziejnej wydawałoby się sytuacji, odwrócili losy meczu zamazały obraz drużyny. Podopieczni Roberta Bubnowicza w mijającym tygodniu rozegrali dwa mecze przy Ratuszowej zdobywając zaledwie jeden punkt, choć apetyty, nie tylko kibiców, były większe. Wizyta wicelidera z Bytowa dość brutalnie zweryfikowały hurraoptymistyczne nadzieje co niektórych, którzy oczami wyobraźni widzieli biało-niebieskich walczących o najwyższe cele w drugiej lidze. Bytovia przyjechała pod Chełmiec z moralnym kacem, jakim niewątpliwie był przegrany mecz w Toruniu, kiedy to outsider Elana wypunktowała faworyta 2:1. W środę Bytovia wypunktowała natomiast Górnika, potwierdzając awansowe aspiracje. Wałbrzyszanie prowadzili wyrównaną grę, ale niestety, zespołowi brakuje argumentów w ofensywie. Im bliżej pola karnego rywala tym gorzej. Siła ognia oparta głównie jest na Danielu Zinke - gdy Czecha odetnie się od podań on sam meczu nie wygra. Zwłaszcza przy swoich warunkach fizycznych skazany jest na porażkę w pojedynkach główkowych. Dla mnie niezrozumiała jest krytyka Daniela przez trenera Bubnowicza po ostatnim meczu z Ruchem. Na bezradność z przodu trzeba spojrzeć globalnie a nie indywidualnie. O ile można przełknąć nieporozumienie z Bytovią to już powinna się zaświecić alarmowa lampka po meczu z Ruchem Zdzieszowice.
Goście co prawda wyprzedzają w tabeli jedynie Elanę i wycofanego Lecha Rypin, ale po sobotniej grze można śmiało twierdzić, że jeszcze kilku zespołom krwi napsują. Wielu w Wałbrzychu już przed meczem dopisało Górnikowi komplet punktów, tymczasem jedynym plusem po tym spotkaniu jest pierwsze wiosenne "zero z tyłu". Pierwsza akcja zmarnowana przez Oświęcimkę nie zapowiadała późniejszego dramatu. Wspomnianemu ofensywnemu graczowi miejscowych odnowiła się kontuzja barku i upłynie trochę czasu aż będzie on do dyspozycji trenera Bubnowicza. Potem były szanse wypracowane przez Zinke i Sawickiego po mocnych dośrodkowaniach z prawej strony, których partnerzy nie potrafili wykorzystać a wystarczyło tylko (a może aż) dostawić nogę. Również próby z dystansu nie sięgały celu. Po przerwie to z kolei goście zdominowali wałbrzyszan i dzięki Damianowi Jaroszewskiego zawdzięczamy, że nie padła bramka po strzałach Lachowskiego z wolnego (jesienią gdy grał w barwach Zagłębia Sosnowiec trafił w ostatniej minucie) czy Sobika. No i jeszcze ofiarny wślizg G.Michalaka, po którym wszyscy z obozu Ruchu łapali się za głowę żałując, że zamiast bramki był tylko korner. Końcowy zryw Górnika tym razem nie przyniósł powodzenia, ale po prawdzie podział punktów jest jak najbardziej sprawiedliwy. Pozostaje postawić pytanie - czy po tych meczach można już podejrzewać, że chłopców Bubnowicza naszedł kryzys czy po prostu na więcej ich nie stać? Jeśli chodzi o defensywę to trudno znaleźć słabe punkty. Cieszy dobrze rozwijający się młodzieżowiec Sławomir Orzech, który z meczu na mecz gra coraz pewniej. Martwi z kolei stagnacja formy braci Michalaków, po których należy wymagać więcej. Jesienią grali o wiele ofensywniej, nie popełniali prostych błędów. Na dzień dzisiejszy obaj grają po prostu przeciętnie. W pomocy najpewniej gra Tomasz Wepa, choć i jemu zdarzają się proste straty. Tyle, że jest to graczy ukierunkowany głównie defensywnie, na odbiór piłki a nie kreację akcji ofensywnych. Blado w ostatnich meczach wypadł kapitan zespołu Marcin Morawski. Jego grę porównywano z odpowiednikami - z Bytovią z Wojciechem Piętą (strzelcem bramki), a z Ruchem - Marcinem Lachowskim (byłym kolegą z czasów gry w Sosnowcu) i w obu przypadkach więcej swojemu zespołowi dali właśnie 37-letni Pięta i "Lacha". Pozostaje cierpliwie czekać na powrót formy "Morasia". Brakowało jego prostopadłych podań, celownik strzałów z dystansu/wolnych jest bardzo rozregulowany. Chimerycznie na lewej stronie grają młodzieżowcy - Radziemski wygrał zimą rywalizację, ale liga go brutalnie zweryfikowała. Chajewski z Ruchem błyszczał sztuczkami technicznymi, puszczaniem piłki między nogami rywala, ale fizycznie jeszcze wyraźnie odstaje - każde wejście przeciwnika i Damian odbija się tracąc piłkę, a poza tym gasł z minuty na minutę. Adrian Zieliński dał ze "Zdzichami" dobrą zmianę, poszarpał, strzelił celnie z dystansu, szukał dryblingu, tylko podobnie jak Chajewski dawał stłamsić się fizycznie rywalom. I wciąż gra zbyt indywidualnie. Wreszcie atak, który zimą o wiele słabszym rywalom aplikował gole jak na zawołanie. O Zinke już pisałem. Bohatera z Chojnicami, Michała Bartkowiaka wezwała ojczyzna, czyli kadra. Oświęcimka mógł się podobać z Bytovią, z Ruchem spartolił akcję meczową (bo nie można inaczej nazwać posłanie piłki wprost w bramkarza w sytuacji z 2.minuty) a teraz pozostaje mu rekonwalescencja. Wreszcie Adrian Moszyk. Jesienią wydawało się, że pozbył się kompleksu braku goli w drugiej lidze. Zimą był najskuteczniejszym strzelcem, ale rywale pokroju Kowar czy Świdnicy to niestety, o wiele niższa półka niż druga liga. Adek nie potrafi wypracować sobie sytuacji strzeleckiej, tak jak choćby Zinke, który potrafi się urwać rywalowi. Gdy już dojdzie to ... No właśnie. Z Ruchem Moszyk miał dwie sytuacje - w I połowie z ostrego kąta nie trafił w światło bramki, a pod koniec meczu głową raczej podał niż strzelał do broniącego Kasprzika. Wiem, że to przesada, ale Moszyk przypominał Roberta Lewandowskiego z najgorszych meczów kadry - zamiast krążyć w okolicach "szesnastki" szukał gry w okolicach koła środkowego, odgrywał klepkę do partnera by nie zdążyć pod bramkę przeciwnika. Więcej szumu pod zdzieszowicką bramką robił zmiennik Sobczyk, ale jemu brakowało szybkości. Choć ciekawie wyglądałaby próba, gdyby Sopel zagrałby więcej w ofensywie niż kwadrans. I tak blado wygląda ofensywa Górnika. Czy lekiem okaże się powrót Bartkowiaka? Czy zbliżające się wyjazdowe mecze pozwolą wałbrzyszanom na powiększenie punktowego dorobku dzięki grze z kontry?
![]() |
| Gdzie ta skuteczność ze sparingów? Zastanawia się A.Moszyk. |
wtorek, 2 kwietnia 2013
Cud wielkanocny
Są spotkania, które się wspomina latami. Do tego zestawu od Wielkiej Soboty AD 2013 należeć będzie mecz Górnika Wałbrzych z Chojniczanką. Nie chodzi o wynik, o grę, czy styl, bo emocji za wiele nie było, ale o dramatyczną końcówkę, której nie powstydziłyby się wyższe ligi. W skrócie można opisać tak - ligowa kopanina, walka w środku pola, po dwóch żółtych kartkach opuszczają przedwcześnie plac gry Dominik Radziemski i Grzegorz Michalak. Górnik ostatnie minuty musi grać z debetem dwóch zawodników. Co ciekawe aż 3 z 4 wykluczeń w tym sezonie podopieczni Roberta Bubnowicza zobaczyli w konfrontacjach z Chojniczanką. Goście walczący o awans ruszają do zdecydowanych ataków, ale efekt osiągają dopiero w 90.minucie, kiedy to rzut karny na bramkę zamienia Daniel Feruga. Czy ktoś myślał w tej chwili, że gościom może zdarzyć się coś złego? Ba, były osoby, które nawet przed rzutem karnym opuściły trybuny Stadionu 1000-lecia by uniknąć tłoku w drodze powrotnej w autobusach. Sprawy w swoje ręce, a raczej nogi, wzięli rezerwowi, po których raczej nie spodziewano się poprawy beznadziejnej zdawałoby się sytuacji. W pierwszej minucie doliczonego czasu gry wyrównał Adrian Sobczyk, który należy do jednych z najstarszych stażem przy Ratuszowej. Swego czasu okrzyczany dużym talentem nie potrafił przebić się w seniorach, choć zadebiutował wieki temu, gdy Górnik/Zagłębie grał w klasie okręgowej. Od tego sezonu terminuje w drugoligowym zespole, ale jesienią dał się jedynie zapamiętać z innego "dziwnego" meczu wałbrzyszan - z Kalisza. Górnik z Calisią prowadził 1:0, grał, podobnie jak w sobotę Chojniczanka, z przewagą dwóch zawodników, a Sopel nie wykorzystał znakomitej sytuacji do podwyższenia wyniku. Skończyło się na golu dla miejscowych w doliczonym czasie gry, euforii kaliszan i wściekłości wałbrzyszan. Teraz Adrian trafił na 1:1 i nastroje były identyczne jak w Kaliszu, gdzie gospodarze nie posiadali się z radości. Współautorem bramki był jeden z dwóch debiutantów w wałbrzyskim zespole Michał Bartkowiak. O ile 28-letni Sobczyk zawyżał średnią wiekową wałbrzyskiej ławki rezerwowych to 16-latek (rocznik 1997) wyraźnie ją zaniżał. Golem w 94 minucie wpisał się do historii. Jest obecnie najmłodszym snajperem wśród ligowców - dotychczasowy rekordzista Damian Drężewski trafił po skończeniu 18 lat. Tak znakomity debiut, okraszony asystą i bramką, przed Michałem zaliczył swego czasu Kornel Duś, który w 1.kolejce 2.ligi sezonu 2010/11 w Żaganiu (Czarni-Górnik 2:2). Kornel miał wówczas skończone 17 lat. Jak się potoczyły losy uzdolnionego napastnika - nie trzeba przypominać, oby Bartkowiak junior nie poszedł w jego ślady.
Michał Bartkowiak II (inny junior wałbrzyskiego o takim samym imieniu w czasach wspólnej gry w juniorach był nazywany jako I - wiosną będzie grał w MKS Szczawno Zdrój) regularnie powoływany jest do kadry juniorów, ma za sobą również staż w Akademii Piłkarskiej Legii Warszawa, gdzie trenowany był przez byłego reprezentanta kraju Tomasza Sokołowskiego (notabene również funkcjonował z liczbą rzymską, bowiem jego imiennik grał m.in. w Amice). Po powrocie do Wałbrzycha grał w juniorach, a zimą został dokooptowany do kadry I zespołu. Nie był często wystawiany podczas sparingów, choć potrafił pokonać bramkarza Polonii Świdnica. Teraz należy trzymać kciuki za harmonijny rozwój talentu i jak najwięcej udanych występów takich jak doliczony czas w meczu z Chojnicami.
Gole rozstrzygające losy rywalizacji zdobywane w doliczonym czasie gry to nie jest rzadkość. Również zdarzają się dwa zdobyte gole po regulaminowych 90 minutach, ale odwrócenie losów meczu to już nie lada wyczyn. W drugiej lidze zachodniej ostatni taki przypadek, gdy drużyna dwoma golami po 90 minucie gry przechyliła szalę na swoją korzyść był autorstwa również Górnika Wałbrzych. W premierowym sezonie drugoligowym 2010/11 w Toruniu gole Marcina Morawskiego i Grzegorza Michalaka dały remis 2:2, choć po I połowie Elana prowadziła 2:0.
![]() |
| Michał Bartkowiak |
Gole rozstrzygające losy rywalizacji zdobywane w doliczonym czasie gry to nie jest rzadkość. Również zdarzają się dwa zdobyte gole po regulaminowych 90 minutach, ale odwrócenie losów meczu to już nie lada wyczyn. W drugiej lidze zachodniej ostatni taki przypadek, gdy drużyna dwoma golami po 90 minucie gry przechyliła szalę na swoją korzyść był autorstwa również Górnika Wałbrzych. W premierowym sezonie drugoligowym 2010/11 w Toruniu gole Marcina Morawskiego i Grzegorza Michalaka dały remis 2:2, choć po I połowie Elana prowadziła 2:0.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





