Za trzy miesiące skończy 40 lat, wciąż jego nazwisko brane jest pod uwagę przy ustalaniu składu czołowej drużyny jednej z najlepszych lig na świecie. O kim mowa? Javier Zanetti - Argentyńczyk w Interze Mediolan, znany nie tylko ze swojej sportowej długowieczności, ale i znakomitej formy, gry fair. W ostatnich dniach ogłosił zakończenie kariery.
Wśród wielu rekordów, które stały się jego udziałem, nie zostanie pobity ten ligowy. Paolo Malidni, który 5 lat temu zakończył piłkarską karierę w wieku 41 lat, skompletował 647 meczów w Serie A. Potrzebował na to 24 lat, bowiem debiut zaliczył w 1985, a ostatni mecz w 2009 roku. Zanetti z kolei w Italii pojawił dekadę później niż Maldini debiutował (1995) i przez 19 lat do tej pory zagrał w lidze blisko 620 razy, więc potrzebowałby jednego pełnego sezonu by zdystansować Włocha.
Zanetti nie należy do wirtuozów, takich jakich spodziewanoby się po jego narodowości. Nie był błyskotliwy jak Veron, Riquelme,Saviola. Po dobrych meczach w lidze argentyńskiej, a przede wszystkim w reprezentacji, ze stołecznego Banfield został wytransferowany, nie do jakiegoś czołowego zespołu w ojczyźnie, ale do Interu Mediolan, gdzie był jednym z pierwszych graczy ściągniętych przez charyzmatycznego prezesa Massimo Morattiego. Chyba nikt, ani sam piłkarz, ani kibice, czy działacze Nerazzurich nie spodziewali się, że ten solidny piłkarz zostanie w Lombardii na blisko dwie dekady. Ze względu na swoje podejście do obowiązków, żelazne zdrowie, waleczność na boisku, postawę dżentelmena na murawie oraz poza nim Argentyńczyk dorobił się wielu przydomków. Lokomotywa (Il treno), Traktor (Il trattore) czy po prostu Kapitan (Il Capitano), bowiem cechy Zanettiego zostały szybko zauważone i został na lata kapitanem i symbolem Interu. Mediolańczy w erze Javiera dość długo musieli czekać na sukcesy, ale to nie znaczy, że półka z nagrodami w domu państwa Zanettich jest pusta. 5 mistrzostw, 4 puchary i 4 superpuchary Włoch, wygrana Liga Mistrzów, PUEFA, Klubowe MŚ mówią same za siebie. Może trochę niedosytu pozostawia gra w reprezentacji, w której jest oczywiście rekordzistą pod względem występów. W ogóle historia występów, sukcesów drużynowych czy nawet indywidualnych Zanettiego to temat na grubą książkę.
Jeśli chodzi o długowieczność to próżno szukać obcokrajowca, który spędziłby tyle czasu w jednym klubie, którego nie jest wychowankiem.
czwartek, 1 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
Piłka Nożna - nowa odsłona
Tygodnik Piłka Nożna ma swoją renomę, długą historię. Najpierw było to pismo wydawane przez PZPN, a w 1973 przemieniło się w tygodnik. PN nie była w stanie konkurować z aktualnościami, wynikami z Przeglądem Sportowym, Sportem czy Tempem. Pod względem grafiki daleko z tyłu za Sportowcem. Skarbem była publicystyka, którą tworzyli prawdziwi mistrzowie pióra: Szymkowiak, Mętrak, Atlas. Z czasem oprócz suchych wyników z 1.ligi pojawiały się składy, sprawozdania z ciekawszych spotkań. Oczywiście bogato opisywane były mecze reprezentacji i europejskich pucharów. Corocznie wybierano piłkarza, trenera oraz odkrycie roku. Tygodnik się rozwijał, w dawnych czasach te kilkanaście czarnobiałych stron bardzo trudno było dostać w kioskach Ruchu. W Warszawie pojawiał się we wtorek, a na Dolny Śląsk trafiał najczęściej w czwartek, kiedy już zapominano o sobotnio-niedzielnej ligowej kolejce. I to w takim nakładzie, że trzeba było się nabiegać od kiosku do kiosku by Piłkę Nożną zakupić. W czasach gry Górnika Wałbrzych w pierwszej lidze ciekawe relacje pisał Bogdan Skiba. Z okazji mistrzostw świata pojawiały się kolorowe okolicznościowe magazyny, które z czasem stały się comiesięcznym kolorowym magazynem funkcjonującym równolegle z PN. Od 1992 rewolucyjne zmiany - oprócz zmiany formatu Piłka Nożna wydawana jest na kolorowym kredowym papierze. Z czasem oprócz tygodnika, miesięcznika (z czasem przemianowanym na PN Plus) rozrasta się Biblioteczka PN, czyli okolicznościowe Skarby Kibica rodzimej ligi, lig zagranicznych czy mistrzowskich turniejów. Na przełomie wieków na rynku prasowym pojawiają się różne piłkarskie tytuły. Różne Gole, Total Footballe, Topgole, Soccer Magazine głównie bazowały na przedrukach fotografii z zagranicznych odpowiednich, ale próby czasu nie wytrzymały.
Podobna rzecz miały z wydawanymi na gorszej jakości papierze Futbolnews, Tylko Piłka. Przemiany rynkowe spowodowało, że zniknęło krakowskie Tempo, które chętnie było czytane również w innych regionach kraju. Przegląd Sportowy i Sport wydawane są przez tego samego wydawcę, więc część materiałów była swego czasu prawie bliźniacza. To obecnie mogą doświadczyć czytelnicy PS i działu sportowego Faktu, gdzie autorami artykułów są te same osoby. Wracając do Piłki Nożnej to od latach miała się dobrze, choć jakość artykułów systematycznie zjeżdżała w dół. W ubiegłym roku z półek saloników prasowych zniknęła Piłka Nożna Plus, która wyraźnie zmierzała ku najmłodszym czytelnikom. Według głównego redaktora Adama Godlewskiego (który wcześniej zasłynął z konfliktu z Piotrem Świerczewskim), często goszczącym w telewizji orange sport, było to jaskółką wieszczącą przełomowe zmiany w Piłce Nożnej. No i w miniony wtorek otrzymaliśmy nową Piłkę Nożną. Czy lepszą? Cena, objętość - taka sama. Format - większy, szerszy, przypominający słynny francuski France Football. A zawartość? Cóż ... Gusta są różne i nie dyskutuje się na ich temat. Nowa odsłona miała być nie tylko połączeniem tygodnika PN i miesięcznika PN Plus, ale z tego drugiego wzięto jedynie sposób przedstawiania sylwetek gwiazd (alfabet i wycena). Philipp Lahm nie dziwi w ogóle jako główny bohater tego "przełomowego"numeru, bowiem nie tak dawno podpisał umowę reklamową z Drutexem, który jest jednym z głównych reklamodawców PN. W ogóle przez kilkanaście stron rzuca się w oczy logo firmy, reklamy. Najprawdopodobniej niebawem będzie można przeczytać wywiad z Pirlo, reportaż o Bytovii. Większy format nie każdemu może przypaść do gustu, ale już sam papier woła o pomstę do nieba. Przez ponad dwie dekady czytelnicy mieli do czynienia z papierem kredowym, a teraz mimo kolorowych zdjęć papier o gorszej jakości niż niektóre tabloidy. Dla starszych czytelników to prawdziwy powrót do czasu ..."Świata Młodych"! Infografiki dotyczące ligowych zmagań nie na białym, tylko quasi brązowym tle jest nieczytelne. Poza tym farba drukarska po prostu brudzi dłonie czytelnika.
Nie wiem o czym myśli red. Godlewski ferując wygodny dla siebie wyrok w cotygodniowym wstępniaku, że czytelnik kupując gazetę już zaakceptował nową formułę, co więcej ona mu się podoba. Swoją drogą we wstępie dziennikarz atakuje prezesa PZPN, że bezpodstawnie porzucił walkę o EURO 2020. Ostatnie kilkanaście godzin dopisały na twitterze puentę, bowiem Boniek bez ogródek odpisał Godlewskiemu, że pisze kłamstwa, co z chęcią podchwyciły ogólnopolskie portale robiąc tym samym reklamę Piłce Nożnej.
Każdy ma swoje oczekiwania względem swego ulubionego pisma. Piłka Nożna była dla mnie przed wielu laty czymś wyjątkowych, ale systematyczne zmiany na gorsze wyleczyły mnie z tego. O ile nowe rozdanie w Przeglądzie Sportowym, kiedy to młodzi gniewni wzięli się za ratowanie tytułu sprawdziło się, tak w Piłce Nożnej coraz bardziej można utwierdzić się w przekonaniu, że rewolucji na lepsze szybko się nie doczekamy.
Nie wiem o czym myśli red. Godlewski ferując wygodny dla siebie wyrok w cotygodniowym wstępniaku, że czytelnik kupując gazetę już zaakceptował nową formułę, co więcej ona mu się podoba. Swoją drogą we wstępie dziennikarz atakuje prezesa PZPN, że bezpodstawnie porzucił walkę o EURO 2020. Ostatnie kilkanaście godzin dopisały na twitterze puentę, bowiem Boniek bez ogródek odpisał Godlewskiemu, że pisze kłamstwa, co z chęcią podchwyciły ogólnopolskie portale robiąc tym samym reklamę Piłce Nożnej.
Każdy ma swoje oczekiwania względem swego ulubionego pisma. Piłka Nożna była dla mnie przed wielu laty czymś wyjątkowych, ale systematyczne zmiany na gorsze wyleczyły mnie z tego. O ile nowe rozdanie w Przeglądzie Sportowym, kiedy to młodzi gniewni wzięli się za ratowanie tytułu sprawdziło się, tak w Piłce Nożnej coraz bardziej można utwierdzić się w przekonaniu, że rewolucji na lepsze szybko się nie doczekamy.
czwartek, 24 kwietnia 2014
OG 2014 - niedosyt
Operacja Głogów 2014 była ostatnią w drugiej lidze grupy zachodniej. Jesienią nie będzie już grup w drugiej lidze, a oba zespoły najprawdopodobniej nie będą grali na tym samym szczeblu rozgrywkowym. Chrobry lideruje stawce i wszystko wskazuje, że uzyska promocję. Niezwykle frapująco zapowiada się sobotni pojedynek rozpędzonego Zagłębia Sosnowiec właśnie z głogowianami. Górnik z kolei w weekend będzie lizał rany po środowej porażce, ale doliczy do swojego dorobku bezcenne trzy punkty za walkower z KS Polkowice. W tabeli wiosny, nie licząc wspomnianych Polkowic, wałbrzyszanie z 7 punktami i jako jedyny zespół bez wyjazdowego choćby punktu, na szarym końcu...
PRZED MECZEM
Chrobry wiosną jest krytykowany za styl, brak skuteczności, ale po cennej wygranej w Stargardzie Szczecińskim, stratach punktowych rywali jest wciąż liderem, a wiosną przegrał tylko jeden mecz (tak jak Bytovia, jedynie Sosnowiec bez porażki). Goście w kryzysie i to raczej głębokim. Do składu w porównaniu z ostatnim meczem z Rozwojem powrócili kartkowicze - Jaroszewski i Oświęcimka, nie załapał się do jedenastki Śmiałowski kosztem Moszyka. Na ławce usiadł Patryk Janiczak, który spotkał się ze swoim kolegą z Zagłębia Lubin Amadeuszem Skrzyniarzem - obaj bramkarze bronili bramki lubinian w rozgrywkach juniorskich. Nie było sensacyjnych wzmocnień awizowanych przed tygodniem przez redaktora Skibę. Mecz rozgrywany był przy sztucznym świetle, w środę, gdy w tv kusiła Liga Mistrzów, mimo to pofatygowało się na trybuny głogowskiego stadionu ok.2000 widzów. Mimo późnej pory rzucała się w oczy duża liczba najmłodszych fanów futbolu. I to nie tylko z rodzicami, ale i zorganizowane grupy ze szkół. System ewidencji i sprzedaży - podobny jak w Wałbrzychu, z tą różnicą, że Górnik ma ładniejsze bilety. W porównaniu ze Stadionem 1000-lecia w Głogowie zwracały uwagę komunikaty spikera przypominającego, że stadion jest miejscem publicznym, gdzie obowiązuje zakaz palenia. Ciekaw jestem reakcji przy Ratuszowej, gdy podobny komunikat wygłosiłby Bogdan Skiba.
I POŁOWA
Balonik w Głogowie nie był tak pompowany jak przed jesiennym spotkaniem pod Chełmcem. Owszem derby, ale już nie pierwszej i drugiej drużyny ligi, Chrobry w końcu przełamał fatum Górnika i ograł go bezapelacyjnie i to na jego boisku. Dla kibiców wiosną poszerzył się wachlarz "meczów rundy" - a to dlatego, że w lidze są mocne, prestiżowe ekipy kibicowskie i przyjazd dolnośląskiego rywala nie wywołuje już takiego ciśnienia, jak choćby przed rokiem. Jeśli chodzi o kibiców to głogowianie wspierali swój zespół głośnym dopingiem przez cały mecz. Autokary z fanami Górnika przyjechały pod stadion w okolicach 25 minuty meczu, ale dopiero pod koniec I połowy zaczęli wchodzić na sektor gości. Rozwiesili flagi, po przerwie ruszyli z dopingiem, by po niespełna kwadransie zdjąć flagi, opuścić sektor, a później stadion i z perspektywy parkingu dopingować piłkarzy. Powodu można się domyślać, zwłaszcza, że blisko sektora gości oprócz oddziałów prewencji spacerował obserwator z ramienia PZPN.
Na boisku Górnik nie odstawał od lidera. Co prawda pierwszy celny strzał oddali miejscowi - Damian Jaroszewski wypluł mocne uderzenie Hałambca, ale zaraz ją złapał. Wałbrzyszanie szanowali piłkę, mądrze rozgrywając, a że nie od dziś wiadomo o kłopotach z konstruowaniem sytuacji strzeleckich, to wynik utrzymywał się bezbramkowy. Prawdę powiedziawszy współczuję tym, którzy śledzili relację z meczu na lajfach czy skibasport, o dziwo najbardziej wiarygodną relację przeprowadziła w końcu oficjalna strona Górnika. Do przerwy wałbrzyszanie mieli bodaj trzy okazje do zdobycia bramki. Pierwszą po kombinacyjnie rozegranym rzucie wolnym po którym Michał Bartkowiak miał niestety mało miejsca i posłał futbolówkę wysoko ponad bramką. Potem po rzucie rożnym pięknie uderzył Tomasz Wepa i Amadeusz Skrzyniarz musiał wybić piłkę na rzut rożny. Wreszcie ponownie Bartkowiak, który sprawiał najwięcej problemów na swojej lewej stronie, uderzył z dystansu i znów bramkarz musiał pokazać swój kunszt. Kapitalnie w obronie grał Marek Wojtarowicz, który czyścił przedpole bramki Jogiego, asekurował Sławomira Orzecha, któremu z początku przytrafiły się proste błędy, ale z czasem grał coraz pewniej. Pod koniec polowy z powodu urazu mięśnia uda boisko opuścił Daniel Zinke, którego zastąpił Marcin Folc. Folc nie zszedł na przerwę do szatni tylko intensywnie się rozgrzewał - ciekawostką jest, że po raz kolejny środkowy napastnik zaczynający mecz w roli rezerwowego w ogóle nie uczestniczy w przedmeczowej rozgrzewce, choć inni rezerwowi z chęcią grywają choćby w "dziadka".
II POŁOWA
Po dobrej pierwszej połowie można było się obawiać czy Górnik jest w stanie rozegrać drugą połowę na takim poziomie. Okazało się, że podopieczni Macieja Jaworskiego drugą część meczu zagrali jeszcze lepiej niż pierwszą! W obronie uważnie, w drugiej linii harowali Wepa z Oświęcimką, Rytko rozgrywał bodaj najlepszy mecz w tym sezonie, Bartkowiak ogrywał rywali na lewej stronie, po przerwie przebudził się bezbarwny w I odsłonie Moszyk. No i Folc, który wiadomo ma inne predyspozycje niż Zinke, więc zamiast szukać szybkiego kontrataku goście rzucali górne piłki, które Marcin albo zgrywał, albo sam próbował szczęścia. Folc miał bodaj trzy okazje do wpisania się na listę strzelców, ale piłka albo mijała bramkę lub uderzenie z woleja było za słabe by zaskoczyć bramkarza. Blisko gola był Bartkowiak, ale i Rytko, którego wolej minął spojenie słupka z poprzeczką. Trzeba sprawiedliwie oddać Jankowi, że grał bardzo ofiarnie, przysłowiowo "jeździł na d..", mądrze przerzucał piłkę to na lewą to na prawą stronę, szkoda tylko, że zabrakło mu skuteczności.
Po godzinie gry zaczęły się błędy płockiego arbitra. W pierwszej połowie sędziował bardzo dobrze, kartki skutecznie utemperowały zawodników, a w drugiej odsłonie wiele jego werdyktów było niezrozumiałych dla oby drużyn. Choć po prawdzie bardziej dla gości z Wałbrzycha. Najpierw nie odgwizdał ewidentnego faulu na Sawickim i poszła akcja prawym skrzydłem, po którym, mimo udanej ekwilibrystycznej interwencji Orzecha, miejscowi mieli okazję spartaczoną przez Janeczko. Potem ostre wejście gracza Chrobrego w nogi Wojtarowicza skończyło się ... wrzutem piłki z autu dla Górnika! Ani faulu, ani kartki... Groźna kontra Chrobrego została przerwana bezpodstawnym spalonym, który pokazał asystent liniowy. Kilkakrotnie gwizdek milczał po starciach w środku pola, co spowodowało nerwowość u zawodników obu drużyn.Wreszcie nadeszła doliczona minuta po 90 minucie.
Na załączonym filmiku oficjalnej strony Chrobrego można spekulować czy grający z nr 3 Michał Michalec przepchnął Dariusza Michalaka, który wpadł na wyskakującego Marka Wojtarowicza, który zagrywa ręką... Sędzia gwizdnął, karny, Pieczara i 1:0. Ostatnia akcja meczu to wrzutka w pole karne gospodarzy, ale bez szans. Chrobry wiosną dostał czwartego karnego, ale dopiero pierwszy wykorzystał. A Górnik zaliczył 4.kolejny mecz bez zdobyczy bramkowej.
W pomeczowej wypowiedzi trenera Chrobrego Ireneusza Mamrota można było usłyszeć zdanie, które trafnie podsumowuje środowe derby: po kilku tygodniach nikt nie będzie pamiętał o stylu, a punkty zostają.
CHICHOT HISTORII
W Głogowie wciąż pamiętają rok 2010, kiedy to Chrobry rywalizował z Górnikiem w 3.lidze. OG 2010 zgromadziła rekordową liczbę widzów, zwłaszcza fanów, którzy przyjechali za Górnikiem. Z roku na rok za biało-niebieskimi jeździ ich coraz mniej, to samo dotyczy wałbrzyskich dziennikarzy. W obozie głogowskim przed środowym meczem przypomniano kulisy awansu - ostatnia kolejka, dramatyczny mecz wałbrzyszan w Nowej Soli. Tam też był rzut karny w doliczonym czasie gry, po ręce, która była, ale ukarani jedenastką zaklinali się, że "wapna" nie powinien arbiter odgwizdać. Celny strzał i szał radości zwycięzców. Wtedy to radość przeżywano w obozie Górnika. Gol dał awans do drugiej ligi, a w Głogowie dopisano różne teorie spiskowe, które wspominane są po dzień dzisiejszy i pewnie długo jeszcze barwnie będą przekazywane. Obecnie karta się odwróciła. To Chrobry wygrał po zagraniu ręką, które miało miejsce. Czy poprzedziło je nieprawidłowe zagranie gracza Chrobrego? Teraz to już nieważne. Faktem jest, że po rozegraniu NAJLEPSZEGO MECZU WIOSNĄ Górnik wraca do Wałbrzycha z niczym. A szkoda. Gra daje nadzieje na najbliższe mecze.
8 meczy do końca sezonu - 6 punktów przewagi nad dziewiątymi Błękitnymi (i niekorzystny bilans dwumeczu). Oby ten stracony w Głogowie punkt nie okazał się decydujący w walce o utrzymwanie drugoligowego bytu.
PRZED MECZEM
Chrobry wiosną jest krytykowany za styl, brak skuteczności, ale po cennej wygranej w Stargardzie Szczecińskim, stratach punktowych rywali jest wciąż liderem, a wiosną przegrał tylko jeden mecz (tak jak Bytovia, jedynie Sosnowiec bez porażki). Goście w kryzysie i to raczej głębokim. Do składu w porównaniu z ostatnim meczem z Rozwojem powrócili kartkowicze - Jaroszewski i Oświęcimka, nie załapał się do jedenastki Śmiałowski kosztem Moszyka. Na ławce usiadł Patryk Janiczak, który spotkał się ze swoim kolegą z Zagłębia Lubin Amadeuszem Skrzyniarzem - obaj bramkarze bronili bramki lubinian w rozgrywkach juniorskich. Nie było sensacyjnych wzmocnień awizowanych przed tygodniem przez redaktora Skibę. Mecz rozgrywany był przy sztucznym świetle, w środę, gdy w tv kusiła Liga Mistrzów, mimo to pofatygowało się na trybuny głogowskiego stadionu ok.2000 widzów. Mimo późnej pory rzucała się w oczy duża liczba najmłodszych fanów futbolu. I to nie tylko z rodzicami, ale i zorganizowane grupy ze szkół. System ewidencji i sprzedaży - podobny jak w Wałbrzychu, z tą różnicą, że Górnik ma ładniejsze bilety. W porównaniu ze Stadionem 1000-lecia w Głogowie zwracały uwagę komunikaty spikera przypominającego, że stadion jest miejscem publicznym, gdzie obowiązuje zakaz palenia. Ciekaw jestem reakcji przy Ratuszowej, gdy podobny komunikat wygłosiłby Bogdan Skiba.
I POŁOWA
Balonik w Głogowie nie był tak pompowany jak przed jesiennym spotkaniem pod Chełmcem. Owszem derby, ale już nie pierwszej i drugiej drużyny ligi, Chrobry w końcu przełamał fatum Górnika i ograł go bezapelacyjnie i to na jego boisku. Dla kibiców wiosną poszerzył się wachlarz "meczów rundy" - a to dlatego, że w lidze są mocne, prestiżowe ekipy kibicowskie i przyjazd dolnośląskiego rywala nie wywołuje już takiego ciśnienia, jak choćby przed rokiem. Jeśli chodzi o kibiców to głogowianie wspierali swój zespół głośnym dopingiem przez cały mecz. Autokary z fanami Górnika przyjechały pod stadion w okolicach 25 minuty meczu, ale dopiero pod koniec I połowy zaczęli wchodzić na sektor gości. Rozwiesili flagi, po przerwie ruszyli z dopingiem, by po niespełna kwadransie zdjąć flagi, opuścić sektor, a później stadion i z perspektywy parkingu dopingować piłkarzy. Powodu można się domyślać, zwłaszcza, że blisko sektora gości oprócz oddziałów prewencji spacerował obserwator z ramienia PZPN.
Na boisku Górnik nie odstawał od lidera. Co prawda pierwszy celny strzał oddali miejscowi - Damian Jaroszewski wypluł mocne uderzenie Hałambca, ale zaraz ją złapał. Wałbrzyszanie szanowali piłkę, mądrze rozgrywając, a że nie od dziś wiadomo o kłopotach z konstruowaniem sytuacji strzeleckich, to wynik utrzymywał się bezbramkowy. Prawdę powiedziawszy współczuję tym, którzy śledzili relację z meczu na lajfach czy skibasport, o dziwo najbardziej wiarygodną relację przeprowadziła w końcu oficjalna strona Górnika. Do przerwy wałbrzyszanie mieli bodaj trzy okazje do zdobycia bramki. Pierwszą po kombinacyjnie rozegranym rzucie wolnym po którym Michał Bartkowiak miał niestety mało miejsca i posłał futbolówkę wysoko ponad bramką. Potem po rzucie rożnym pięknie uderzył Tomasz Wepa i Amadeusz Skrzyniarz musiał wybić piłkę na rzut rożny. Wreszcie ponownie Bartkowiak, który sprawiał najwięcej problemów na swojej lewej stronie, uderzył z dystansu i znów bramkarz musiał pokazać swój kunszt. Kapitalnie w obronie grał Marek Wojtarowicz, który czyścił przedpole bramki Jogiego, asekurował Sławomira Orzecha, któremu z początku przytrafiły się proste błędy, ale z czasem grał coraz pewniej. Pod koniec polowy z powodu urazu mięśnia uda boisko opuścił Daniel Zinke, którego zastąpił Marcin Folc. Folc nie zszedł na przerwę do szatni tylko intensywnie się rozgrzewał - ciekawostką jest, że po raz kolejny środkowy napastnik zaczynający mecz w roli rezerwowego w ogóle nie uczestniczy w przedmeczowej rozgrzewce, choć inni rezerwowi z chęcią grywają choćby w "dziadka".
II POŁOWA
Po dobrej pierwszej połowie można było się obawiać czy Górnik jest w stanie rozegrać drugą połowę na takim poziomie. Okazało się, że podopieczni Macieja Jaworskiego drugą część meczu zagrali jeszcze lepiej niż pierwszą! W obronie uważnie, w drugiej linii harowali Wepa z Oświęcimką, Rytko rozgrywał bodaj najlepszy mecz w tym sezonie, Bartkowiak ogrywał rywali na lewej stronie, po przerwie przebudził się bezbarwny w I odsłonie Moszyk. No i Folc, który wiadomo ma inne predyspozycje niż Zinke, więc zamiast szukać szybkiego kontrataku goście rzucali górne piłki, które Marcin albo zgrywał, albo sam próbował szczęścia. Folc miał bodaj trzy okazje do wpisania się na listę strzelców, ale piłka albo mijała bramkę lub uderzenie z woleja było za słabe by zaskoczyć bramkarza. Blisko gola był Bartkowiak, ale i Rytko, którego wolej minął spojenie słupka z poprzeczką. Trzeba sprawiedliwie oddać Jankowi, że grał bardzo ofiarnie, przysłowiowo "jeździł na d..", mądrze przerzucał piłkę to na lewą to na prawą stronę, szkoda tylko, że zabrakło mu skuteczności.
Po godzinie gry zaczęły się błędy płockiego arbitra. W pierwszej połowie sędziował bardzo dobrze, kartki skutecznie utemperowały zawodników, a w drugiej odsłonie wiele jego werdyktów było niezrozumiałych dla oby drużyn. Choć po prawdzie bardziej dla gości z Wałbrzycha. Najpierw nie odgwizdał ewidentnego faulu na Sawickim i poszła akcja prawym skrzydłem, po którym, mimo udanej ekwilibrystycznej interwencji Orzecha, miejscowi mieli okazję spartaczoną przez Janeczko. Potem ostre wejście gracza Chrobrego w nogi Wojtarowicza skończyło się ... wrzutem piłki z autu dla Górnika! Ani faulu, ani kartki... Groźna kontra Chrobrego została przerwana bezpodstawnym spalonym, który pokazał asystent liniowy. Kilkakrotnie gwizdek milczał po starciach w środku pola, co spowodowało nerwowość u zawodników obu drużyn.Wreszcie nadeszła doliczona minuta po 90 minucie.
W pomeczowej wypowiedzi trenera Chrobrego Ireneusza Mamrota można było usłyszeć zdanie, które trafnie podsumowuje środowe derby: po kilku tygodniach nikt nie będzie pamiętał o stylu, a punkty zostają.
CHICHOT HISTORII
W Głogowie wciąż pamiętają rok 2010, kiedy to Chrobry rywalizował z Górnikiem w 3.lidze. OG 2010 zgromadziła rekordową liczbę widzów, zwłaszcza fanów, którzy przyjechali za Górnikiem. Z roku na rok za biało-niebieskimi jeździ ich coraz mniej, to samo dotyczy wałbrzyskich dziennikarzy. W obozie głogowskim przed środowym meczem przypomniano kulisy awansu - ostatnia kolejka, dramatyczny mecz wałbrzyszan w Nowej Soli. Tam też był rzut karny w doliczonym czasie gry, po ręce, która była, ale ukarani jedenastką zaklinali się, że "wapna" nie powinien arbiter odgwizdać. Celny strzał i szał radości zwycięzców. Wtedy to radość przeżywano w obozie Górnika. Gol dał awans do drugiej ligi, a w Głogowie dopisano różne teorie spiskowe, które wspominane są po dzień dzisiejszy i pewnie długo jeszcze barwnie będą przekazywane. Obecnie karta się odwróciła. To Chrobry wygrał po zagraniu ręką, które miało miejsce. Czy poprzedziło je nieprawidłowe zagranie gracza Chrobrego? Teraz to już nieważne. Faktem jest, że po rozegraniu NAJLEPSZEGO MECZU WIOSNĄ Górnik wraca do Wałbrzycha z niczym. A szkoda. Gra daje nadzieje na najbliższe mecze.
8 meczy do końca sezonu - 6 punktów przewagi nad dziewiątymi Błękitnymi (i niekorzystny bilans dwumeczu). Oby ten stracony w Głogowie punkt nie okazał się decydujący w walce o utrzymwanie drugoligowego bytu.
wtorek, 22 kwietnia 2014
Orzeł daje nadzieję
W wielkanocną sobotę w Wałbrzychu w drugoligowym meczu nie padł żaden gol. Bodaj najbliżej jego strzelenia był Maciej Ropiejko z Rozwoju Katowice, który jesienią strzelił 4 gole dla Chojniczanki Chojnice. W Chojnicach jego klubowym kolegą, a zarazem konkurentem do gry w ataku był Marcin Orłowski, były napastnik Górnika Wałbrzych. Zimą obaj musieli szukać nowego klubu i obaj znaleźli zatrudnienie w klubach drugoligowych. O ile Ropiejko trafił do zespołu, który jest w górnej części tabeli, to Orłowskiemu przyszło grać w Radomiaku Radom, który pałęta się w ogonie grupy wschodniej.
Początek rundy dla popularnego Orła i jego nowej drużyny był tragiczny. W pierwszych 5 spotkaniach zaledwie jeden remis, 4 porażki i zaledwie jeden gol strzelony. Gdy zanosiło się na kolejny piąty mecz bez strzelonej bramki w ostatniej minucie meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki obrońca gości niefortunnie pokonał własnego bramkarza i Radomiak mógł świętować pierwszy wiosenny komplet punktów.
W Wielką Sobotę na radomski stadion przy ul. Struga przyjechał Pelikan Łowicz, który do bezpiecznego ósmego miejsca tracił zaledwie dwa punkty. Podbudowany ostatnim zwycięstwem Radomiak zaskoczył nie tylko grą, ale i ustawieniem. Trener Marcin Jałocha desygnował do gry od pierwszego gwizdka m.in. Marcina Orłowskiego, który pierwsze 5 spotkań rozpoczynał od 1.minuty, a w ostatnim wszedł jako rezerwowy. Tym razem Orzeł wyszedł w podstawowej jedenastce i zagrał w ataku obok Brazylijczyka Leandro - strzelca 9 bramek. Mecz zakończył drugim z kolei zwycięstwem Radomiaka 1:0, a jedyną bramkę strzelił ładnym uderzeniem Marcin Orłowski.
Po tym zwycięstwie Radomiak opuścił ostatnie miejsce w tabeli grupy wschodniej. Obecnie na 9 kolejek przed końcem sezonu jest na 16.miejscu ze stratą 11 punktów do ósmej Stali Mielec. W terminarzu czekają mecze w większości z zespołami z górnej części tabeli (Limanovia, Znicz Pruszków, Legionovia, Stal Mielec, Stal Stalowa Wola) lub będącej blisko magicznego ósmego miejsca (Wisła Puławy, Olimpia Elbląg). Zadanie wydaje się być ogromnie trudne przed podopiecznymi wicemistrza olimpijskiego z Barcelony'92, ale mając na uwadze małe różnice punktowe oraz nieprzewidywalność wyników w tej klasie rozgrywkowej w Radomiu liczą na sukces w misji ratowania drugoligowego bytu.
| Radość M.Orłowskiego po zdobyciu bramki. |
W Wielką Sobotę na radomski stadion przy ul. Struga przyjechał Pelikan Łowicz, który do bezpiecznego ósmego miejsca tracił zaledwie dwa punkty. Podbudowany ostatnim zwycięstwem Radomiak zaskoczył nie tylko grą, ale i ustawieniem. Trener Marcin Jałocha desygnował do gry od pierwszego gwizdka m.in. Marcina Orłowskiego, który pierwsze 5 spotkań rozpoczynał od 1.minuty, a w ostatnim wszedł jako rezerwowy. Tym razem Orzeł wyszedł w podstawowej jedenastce i zagrał w ataku obok Brazylijczyka Leandro - strzelca 9 bramek. Mecz zakończył drugim z kolei zwycięstwem Radomiaka 1:0, a jedyną bramkę strzelił ładnym uderzeniem Marcin Orłowski.
Po tym zwycięstwie Radomiak opuścił ostatnie miejsce w tabeli grupy wschodniej. Obecnie na 9 kolejek przed końcem sezonu jest na 16.miejscu ze stratą 11 punktów do ósmej Stali Mielec. W terminarzu czekają mecze w większości z zespołami z górnej części tabeli (Limanovia, Znicz Pruszków, Legionovia, Stal Mielec, Stal Stalowa Wola) lub będącej blisko magicznego ósmego miejsca (Wisła Puławy, Olimpia Elbląg). Zadanie wydaje się być ogromnie trudne przed podopiecznymi wicemistrza olimpijskiego z Barcelony'92, ale mając na uwadze małe różnice punktowe oraz nieprzewidywalność wyników w tej klasie rozgrywkowej w Radomiu liczą na sukces w misji ratowania drugoligowego bytu.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Rekordzista Patryk Janiczak
Kto wie czy bramkarz Górnika Wałbrzych Patryk Janiczak nie przejdzie do historii klubu jako ten, który nie puścił bramki w oficjalnym meczu podczas swej gry w klubie z Ratuszowej. Oczywiście może dojść do takiego przypadku, gdy do końca sezonu będzie bronił Damian Jaroszewski, a w przerwie letniej klub pożegna się z wychowankiem Zagłębia Lubin.
W tym sezonie Patryk Janiczak dwukrotnie zastępował Jogiego i tyleż samo zachował czyste konto! Co prawda do gry młodzieżowego goalkeepera można mieć wiele zastrzeżeń, nie jest pewny w swoich interwencjach, ale póki co jest skuteczny - wciąż pozostaje niepokonany. W długiej bogatej historii wałbrzyskiego Górnika dawno nie było bramkarza z takim bilansem od ligowego debiutu. Ostatnim takim graczem był Kazimierz Poczkajski, który jesienią sezonu 1992/93 znalazł pogromcę dopiero w trzecim meczu, ale po rundzie Górnik wycofał się z rozgrywek i połączył się z Zagłębiem w Klub Piłkarski, a wyniki z udziałem wałbrzyskiej drużyny zostały anulowane. Dla przypomnienia - w pierwszych dwóch meczach po reaktywacji wałbrzyszan w trzeciej lidze Poczkajski zachował zerowe konto po stronie strat w meczach w Stroniu Śląskim (4:0) i u siebie z Górnikiem Złotoryja (2:0), niestety w 3.kolejce w Bielawie puścił dwa gole, a biało-niebiescy przegrali z Bielawianką 1:2.
W czasie, gdy Górnik grał w ekstraklasie z zerowym kontem po stronie strat debiutował Marek Grzywacz (wiosną 1986 0:0 ze Śląskiem), ale w kolejnym meczu wyciągał piłkę z siatki już 3 razy.
Później, po fuzji Górnika z Zagłębiem i erze KP, potem Górnika SSA, Górnika/Zagłębia - czyli w latach 90-tych ubiegłego oraz w pierwszej dekadzie obecnego stulecia czyste konto w debiucie zaliczyli:
Rafał Wodzyński (1994/95 3.liga Kuźnia Jawor 0:0)
Marek Siemiątkowski (1995/96 3.liga Rokita Brzeg Dolny 1:0)
Jacek Banaszyński (1997/98 2.liga, Varta Namysłów 3:0)
Łukasz Jaśkiewicz (2002/03 A klasa, Skalnik Czarny Bór 0:0)
Łukasz Jarosiński (2004/05 IV liga, Sparta Świdnica 0:3 - wszedł w 75' za Ł.Jaśkiewicza przy stanie 0:3).
Niestety, wszyscy w kolejnym swoim ligowym meczu znaleźli już pogromcę.
Do tego grona należy zaliczyć Damiana Michno, który po raz pierwszy zagrał w seniorach Górnika/Zagłębia w sezonie 2001/02 w meczu ze Strzelinianką (1:3), ale wyniki z tamtej rundy zostały anulowane na skutek wycofania zespołu. W swoim ponownym debiucie - w A klasie nie puścił w Jedlinie Zdrój bramki (3:0 z Jedlinianką - 2002/03).
Nie udały się z kolei premiery na "zero z tyłu" w wałbrzyskim klubie następującym zawodnikom:
Zbigniew Prusik (1992/93 2.liga, Zagłębie Sosnowiec 2:7)
Adam Broszczak (1997/98 2.liga, Kem-Bud Jelenia Góra 3:2)
Tomasz Walusiak (1998/99 3.liga, Granica Bogatynia 3:2)
Damian Jaroszewski (1999/2000 3.liga, Lechia Zielona Góra 2:1)
Marcin Szyszka (2000/01 3.liga, Warta Zawiercie 1:1)
Krzysztof Zych (2003/04 kl.O, Piławianka Piława Górna 4:3)
Kamil Jarosiński (2011/12 2.liga, Czarni Żagań 1:2).
Z tego grona najkrócej czystym kontem podczas ligowego debiutu w wałbrzyskim ligowcu cieszyli się Tomasz Walusiak i Kamil Jarosiński. Obaj pojawili się na boisku w wyniku wykluczenia podstawowego bramkarza (w Bogatyni R.Wodzyńskiego, w Żaganiu - D.Jaroszewskiego) i od razu musieli stanąć oko w oko z wykonawcami rzutów karnych z drużyny gospodarzy. W obu przypadkach rywale byli górą.
Patrykowi Janiczakowi należy życzyć, by w ligowych meczach dalej śrubował swój rekord, a najlepiej gdyby okazał się lepszy w passie kolejnych meczy bez straty gola. Do tej pory palmę pierwszeństwa dzierży Damian Michno. Obecnie grający w Victorii Świebodzice bramkarz, w sezonie 2002/03 był trenowany, podobnie jak teraz, przez Ryszarda Mordaka. Górnik/Zagłębie Wałbrzych po półrocznej banicji wrócił na piłkarską mapę Polski i nie znalazł godnego rywala w wałbrzyskiej grupie A klasy, choć np. w Skalniku Czarny Bór występowali Świętanowski, Lepucki, Domagała czy Pyrdoł. Wałbrzyszanie jesienią tylko w jednym meczu jesienią stracili punkty (remis z Mieroszowem), a od 8.kolejki, kiedy to Damiana pokonał Damian Ponisz z Zielonych Mokrzeszów w drugiej minucie meczu (ostatecznie 6:1 dla Górnika/Zagłębia i dodatkowo obroniony rzut karny) rozpoczęła się passa wałbrzyskiego bramkarza bez straty gola. Potem jesienią nie dał się pokonać zawodnikom Skalnika Czarny Bór (1:0), Juventuru Wałbrzych (1:0), Szczytu Boguszów (5:0), Gromu Witków (3:0) i Białego Orła (0:0). Wiosną serial kontynuował w kolejnych meczach: Jedlinianka (5:0), MKS 1985 Szczawno Zdrój (2:0), Wenus Nowice (6:0), Sudety Dziećmorowice (6:0), AKS II Strzegom (5:0), Karolina Jaworzyna Śl. (2:0), Górnik Gorce (2:0), Zieloni Mokrzeszów (4:0), Juventur Wałbrzych (3:0), aż do 87 minuty meczu w Boguszowie ze Szczytem (2:2) kiedy pokonał go Robert Sołtysiak. Łącznie daje to 1435 minuty. A warto dodać, że po drodze był mecz w Czarnym Borze (0:0), gdzie przez kontuzje Michno musiał odstąpić bramkarską bluzę Łukaszowi Jaśkiewiczowi.
| Patryk Janiczak - niepokonany w 2.lidze. |
W czasie, gdy Górnik grał w ekstraklasie z zerowym kontem po stronie strat debiutował Marek Grzywacz (wiosną 1986 0:0 ze Śląskiem), ale w kolejnym meczu wyciągał piłkę z siatki już 3 razy.
Później, po fuzji Górnika z Zagłębiem i erze KP, potem Górnika SSA, Górnika/Zagłębia - czyli w latach 90-tych ubiegłego oraz w pierwszej dekadzie obecnego stulecia czyste konto w debiucie zaliczyli:
Rafał Wodzyński (1994/95 3.liga Kuźnia Jawor 0:0)
Marek Siemiątkowski (1995/96 3.liga Rokita Brzeg Dolny 1:0)
Jacek Banaszyński (1997/98 2.liga, Varta Namysłów 3:0)
Łukasz Jaśkiewicz (2002/03 A klasa, Skalnik Czarny Bór 0:0)
Łukasz Jarosiński (2004/05 IV liga, Sparta Świdnica 0:3 - wszedł w 75' za Ł.Jaśkiewicza przy stanie 0:3).
Niestety, wszyscy w kolejnym swoim ligowym meczu znaleźli już pogromcę.
Do tego grona należy zaliczyć Damiana Michno, który po raz pierwszy zagrał w seniorach Górnika/Zagłębia w sezonie 2001/02 w meczu ze Strzelinianką (1:3), ale wyniki z tamtej rundy zostały anulowane na skutek wycofania zespołu. W swoim ponownym debiucie - w A klasie nie puścił w Jedlinie Zdrój bramki (3:0 z Jedlinianką - 2002/03).
Nie udały się z kolei premiery na "zero z tyłu" w wałbrzyskim klubie następującym zawodnikom:
Zbigniew Prusik (1992/93 2.liga, Zagłębie Sosnowiec 2:7)
Adam Broszczak (1997/98 2.liga, Kem-Bud Jelenia Góra 3:2)
Tomasz Walusiak (1998/99 3.liga, Granica Bogatynia 3:2)
Damian Jaroszewski (1999/2000 3.liga, Lechia Zielona Góra 2:1)
Marcin Szyszka (2000/01 3.liga, Warta Zawiercie 1:1)
Krzysztof Zych (2003/04 kl.O, Piławianka Piława Górna 4:3)
Kamil Jarosiński (2011/12 2.liga, Czarni Żagań 1:2).
Z tego grona najkrócej czystym kontem podczas ligowego debiutu w wałbrzyskim ligowcu cieszyli się Tomasz Walusiak i Kamil Jarosiński. Obaj pojawili się na boisku w wyniku wykluczenia podstawowego bramkarza (w Bogatyni R.Wodzyńskiego, w Żaganiu - D.Jaroszewskiego) i od razu musieli stanąć oko w oko z wykonawcami rzutów karnych z drużyny gospodarzy. W obu przypadkach rywale byli górą.
![]() |
| Rok temu - 20.04.2013 Janiczak (drugi z prawej) okazał się lepszy od swojego obecnego trenera Wojciecha Wierzbickiego - Bielawianka wygrała wówczas w Świdnicy z Polonią/Spartą 2:0. |
Świąteczny pat
Gdy w terminarzu widzi się potyczkę pomiędzy czwartą a piątą drużyną ligi, a ekipy z pierwszej trójki grają z niżej ulokowanymi w tabeli zespołami, to siłą rzeczy można upatrywać ją za najciekawszą w kolejce. W sobotę Górnik Wałbrzych miał przełamać kryzys w boju z Rozwojem Katowice, który niemoc pokonał tydzień wcześniej (2:0 z Błękitnymi). Teoria teorią, a życie życiem. Przy Ratuszowej rozegrano bodaj najsłabsze zawody 25.kolejki. Goście wiosną zgromadzili jeden punkt więcej od wałbrzyszan - u siebie 2 zwycięstwa i porażka, a na wyjeździe 2 porażki i remis. Personalnie ekipa Dietmara Brehmera wygląda dość ciekawie - oprócz graczy ogranych w wyższych ligach (Budka, Kapias, Gacki, Mandrysz,Ropiejko) kilku młodych, utalentowanych, będących w notesach skautów z wyższych lig (Żak, Szymiński, Król). Na topie jest Adam Żak - rocznik 1994, który ma za sobą udany epizod w mistrzostwach Polski juniorów, gdzie wypłynął na szerokie futbolowe wody Arkadiusz Milik. W Wielką Sobotę Rozwój zagrał o wiele gorzej niż choćby Calisia. Pierwszy celny strzał w światło wałbrzyskiej bramki katowiczanie oddali w 72 minucie! Co prawda od razu zapachniało bramką, ale przez blisko 5 kwadransów czołowa drużyna ligi nie potrafiła skonstruować groźnej akcji. Gra się tak jak rywal pozwala, ale po tym uderzeniu głową Macieja Ropiejko goście nie dość, że przejęli inicjatywę już do końca meczu, to każdy strzał był już celny.
A Górnik? Wiadomo, że zabraknie Damiana Jaroszewskiego i Michała Oświęcimki, uraz wykluczył Grzegorza Michalaka. Największe obawy dotyczy obsady bramki, czyli Patryka Janiczaka, który do tej pory bronił w meczu z Jarotą, gdzie zachował czyste konto, ale większość jego interwencji była delikatnie mówiąc niepewnych. Patryk ma problemy z interwencjami na przedpolu, w meczu z Rozwojem kulało wprowadzanie piłki do gry, gdy często dokonywał złych wyborów zagrywając do najbliższego kolegi, za którego plecami czaił się rywal. Ale paradoksalnie ostatni kwadrans wypromował Janiczaka na największego wygranego tego meczu! Obrony strzałów Ropiejko, Żaka czy Winiarczyka spowodowały, że w Wałbrzychu te święta były w miarę spokojne w domach piłkarzy, kibiców czy trenerów Górnika. W I połowie kapitalne zawody w defensywie rozgrywał Marek Wojtarowicz wygrywający większość pojedynków główkowych. Na swoim dobrym poziomie zagrali boczni obrońcy, którzy załapali niestety żółte kartki - szkoda głupiej kary Sawickiego. Słabiej zagrał Sławomir Orzech, któremu przytrafiały się zagrania rodem z boisk trampkarzy. W drugiej linii - dramat. Duet Jan Rytko - Wojciech Szuba miał zastąpić Michalaka z Oświęcimką. Nie zastąpił. Grę ich określa się często "na alibi" - bez podjęcia ryzyka, przyspieszenia akcji, zaskoczenia. Człapającego Szubę, który opuszczał boisko żegnały gwizdy i najgorsze jest to, że były zasłużone. Na skrzydłach pokazali się Bartkowiak z Śmiałowskim, niby dynamiczni, przebojowi, ale tego nie było widać, bo za rzadko te piłki na boki były posyłane. W ataku osamotniony Daniel Zinke, który jako wysunięty, jedyny napastnik jest skazany jedynie na finalizacje szybkich ataków. Jedyne okazje meczu stworzył właśnie Czech, obie na początku obu odsłon meczu. Pierwsza już w 51 sekundzie, ale zamiast tak jak u Alfreda Hitchcocka, gdzie po trzęsieniu ziemi miały emocje rosnąć, to na murawie Stadionu 1000-lecia było odwrotnie. Wybór Zinke na środku ataku to wybór opcji gry z kontry, ale wykonawców do szybkiego przechwytu piłki w środku pola, przerzutu do przodu nie było.
Ciekawostką z sobotniego meczu jest fakt, że stał się on tematem jednego z twittów - były asystent selekcjonera naszej kadry Rafał Ulatowski, który nie może odnaleźć się w roli pierwszego trenera od czasu do czasu uaktywnia się na twitterze pisząc wyłącznie po angielsku, choć obserwujący go to w większości rodacy. W wolnym tłumaczeniu: 0:0 - jedyną dobrą wiadomością dla obu trenerów jest czyste konto po stronie strat. Jeśli nie możesz wygrać to rób co tylko można by nie przegrać.
Z sektora C pod koniec meczu już słychać było okrzyki niezadowolenia, przewaga nad dziewiątą drużyną wynosi 8 punktów. W pamięci pozostają jeszcze 3 punkty za walkower z Polkowicami. Wciąż jednak aktualny pozostaje komentarz tygodnika Piłka Nożna, który ukazał się po klęsce w Zdzieszowicach: Widać, że dla zawodników z Pogórza Zachodniosudeckiego pierwsza liga to za wysokie progi. Wicelider po rundzie jesiennej wiosną zgromadził zaledwie sześć punktów. W konsekwencji zsunął się już na czwartą pozycję w tabeli. Spadek zespołowi z Wałbrzycha już nie grozi, ale awans także z pewnością zostaje poza zasięgiem.
![]() |
| Jedyne groźne akcje Górnik miał dzięki Danielowi Zinke. [foto:walbrzych24.com] |
Ciekawostką z sobotniego meczu jest fakt, że stał się on tematem jednego z twittów - były asystent selekcjonera naszej kadry Rafał Ulatowski, który nie może odnaleźć się w roli pierwszego trenera od czasu do czasu uaktywnia się na twitterze pisząc wyłącznie po angielsku, choć obserwujący go to w większości rodacy. W wolnym tłumaczeniu: 0:0 - jedyną dobrą wiadomością dla obu trenerów jest czyste konto po stronie strat. Jeśli nie możesz wygrać to rób co tylko można by nie przegrać.
Z sektora C pod koniec meczu już słychać było okrzyki niezadowolenia, przewaga nad dziewiątą drużyną wynosi 8 punktów. W pamięci pozostają jeszcze 3 punkty za walkower z Polkowicami. Wciąż jednak aktualny pozostaje komentarz tygodnika Piłka Nożna, który ukazał się po klęsce w Zdzieszowicach: Widać, że dla zawodników z Pogórza Zachodniosudeckiego pierwsza liga to za wysokie progi. Wicelider po rundzie jesiennej wiosną zgromadził zaledwie sześć punktów. W konsekwencji zsunął się już na czwartą pozycję w tabeli. Spadek zespołowi z Wałbrzycha już nie grozi, ale awans także z pewnością zostaje poza zasięgiem.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Powtórka z 1997 roku?
Redaktor Bogdan Skiba to jeden z najbardziej zasłużonych dziennikarzy sportowych Wałbrzycha. Od pewnego czasu aktywny jest również w sieci, choć jego newsy piłkarskie często mijają się z prawdą, to dzisiejszy mógł zaintrygować sympatyków wałbrzyskiego Górnika. Otóż klub ponoć szuka wzmocnień w defensywie! Gdyby to był początek miesiąca nie traktowałbym tego poważnie. Drugoligowiec pogrążony jest w kryzysie i bardzo dobrze, że w klubie nie czekają na ostatnią chwile, bo może okazać się, że będzie za późno. Klub ponoć zabiega o angaż dwóch doświadczonych obrońców w osobach Dawida Kubowicza i Marcina Kokoszki. Gra defensywy pozostawia wiele do życzenia, tylko czy, aby na pewno nie ma potrzeby wzmocnienia siły ofensywnej? Wiadomo, że klub ograniczają finanse i trudno liczyć by nagle w Górniku znalazł się jakiś supersnajper, znakomity rozgrywający czy błyskotliwy skrzydłowy. Pytanie należy panu Gawlikowi zadać - czemu zimą nie zakontraktowano Czecha Josefa Krolopa, skoro dziury są w obronie to nie za szybko pożegnano Michała Łaskiego? Krolop przekonał swoimi umiejętnościami trenera Jaworskiego, był na obozie w Jagniątkowie i zapewne byłby lepszą alternatywą w środku pola, choćby od Wojciecha Szuby.
Kokoszka trenuje i gra zaledwie w klasie okręgowej, czyli trzy szczeble niżej od Górnika. Częstotliwość, natężenie treningów jest nieco inne niż w drugiej lidze. Ponadto jeśli by doszło do wypożyczenia Marcina to czemu Górnik, który nie chciał jego latem, do tematu nie powrócił zimą, tylko dopiero w środku trwania rundy?
Polityka informacyjna klubu jest na bardzo niskim poziomie i pewnie odpowiedzi na te i inne pytania nie uzyskamy. Jeśli sezon zakończy się sukcesem, czyli utrzymaniem w lidze - nikt nie będzie wnikał, nie będzie rozliczał klubu.
Sytuacja przypomina nieco to, co miało miejsce przy Ratuszowej w sezonie 1996/97. Klub Piłkarski Wałbrzych po awansie do drugiej ligi, która wówczas była zapleczem ekstraklasy, jesień zakończył na wysokim 5.miejscu. Zimą największy skarb, czyli Piotr Włodarczyk, zmienił KP na Legię Warszawa. W jego miejsce klub sprowadził Pawła Murawskiego i Dariusza Zawalniaka. Niektórzy oczami wyobraźni widzieli wałbrzyszan walczących o awans do pierwszej ligi. Zwłaszcza mając w pamięci pokonanie Dyskoboli Grodzisk Wielkopolski 4:3. Tymczasem runda wiosenna była ogromnym rozczarowaniem. Tuż przed startem ligi zrezygnował z prowadzenia zespołu Wiesław Pisarski, którego zastąpił Bogdan Przybyła. Na dzień dobry przyszła porażka w Gdańsku z Lechią 0:2, potem w Wałbrzychu wygrywa dołujący w tabeli Chrobry Głogów 2:1. Po trzeciej porażce (1:3 w Policach) przyszło w końcu zwycięstwo - 1:0 nad GKP Gorzów po golu Sebastiana Matuszaka. Ale potem nastąpiła najgorsza passa w historii klubu - 7 kolejnych porażek, w tym 6 pod rząd bez strzelonej bramki! W zespole nie było nie tylko Włodarczyka, ale i Roberta Samka, których nie potrafili zastąpić nowi zawodnicy oraz wychowankowie (m.in. Marek Wojtarowicz, Marcin Żydek, Tomasz Tur - obecnie Idziak). W klubie zrobiło się nerwowo, bowiem zespół zbliżył się do strefy spadkowej. Najpierw zakontraktowano Romana Rudego, brata Andrzeja, który był reprezentantem kraju, graczem takich klubów jak FC Koeln., Broendby czy Ajax. Miał on uporządkować grę w środku pola wraz z Jackiem Sobczakiem, który dawno zapomniał o formie, którą reprezentował choćby w Pucharze Zdobywców Pucharów w warszawskiej Legii. Obaj posiadali kapitalną technikę użytkową, tylko czemu nie potrafili pokazać jej w trakcie meczu? Paradoksalnie promyk nadziei dał ten najstarszy, ten którego wielu skreśliło - Grzegorz Krawiec. 33-letni pomocnik leczył kontuzję, której nabawił się podczas rozgrywek futsalowych, co odbiło się szerokim echem i nie spodobało się w klubie. Krawiec powrócił na arcyważny mecz z Elaną Toruń i w doliczonym czasie z rzutu wolnego dał KP zwycięstwo 1:0! W kolejnym meczu znowu gol Krawca i zwycięstwo w Bytomiu z Szombierkami 1:0! Przegrane derby w Legnicy (2:4 z Miedzią) i znów przy Ratuszowej zrobiło się nerwowo. Działacze na ostatnie trzy mecze wypożyczyli z wrocławskiej Ślęzy dwójkę zawodników - defensora pochodzącego z Jawora Huberta Łukasika oraz pomocnika Jacka Sorbiana. Prawdę powiedziawszy, sprowadzenie wspomnianej dwójki to był transferowy majstersztyk - sezon, dwa czy nawet wcześniej byli na celowniku nie tylko Śląska Wrocław, ale i innych klubów z pierwszej ligi. Ślęza marząca o wygraniu drugiej ligi stawiała zaporowe ceny, wręcz z kosmosu, aż w końcu po spadku do 3.ligi sami zawodnicy nie chcieli grać w I K.S. Gdy wiosną 1997 okazało się, że wrocławski zespół nie liczy się w walce o powrót do 2.ligi działacze z chęcią wypożyczyli zawodników. Po sezonie KP wykupił tych zawodników z klubu, dodatkowo dołączył trener Grzegorz Kowalski oraz wypożyczono Grzegorza Rosińskiego, który niestety po kilku miesiącach zginął tragicznie w wypadku samochodowym.
W ostatnich meczach KP z wypożyczoną trójką zapewnił sobie ligowy byt, choć diametralnej poprawy nie było. W Wałbrzychu najpierw był remis z Zawiszą 2:2, porażka w Rydułtowach z Naprzodem 0:1 i wygrana z Lechią Zielona Góra 2:1. W obu wałbrzyskich meczach solidarnie golami podzielili się Piotr Borek (po atomowych strzałach z rzutów wolnych) oraz Grzegorz Krawiec.
Czy dojdzie do wiosennych transferów zgodnie z zapowiedziami Bogdana Skiby?
Kokoszka trenuje i gra zaledwie w klasie okręgowej, czyli trzy szczeble niżej od Górnika. Częstotliwość, natężenie treningów jest nieco inne niż w drugiej lidze. Ponadto jeśli by doszło do wypożyczenia Marcina to czemu Górnik, który nie chciał jego latem, do tematu nie powrócił zimą, tylko dopiero w środku trwania rundy?
Polityka informacyjna klubu jest na bardzo niskim poziomie i pewnie odpowiedzi na te i inne pytania nie uzyskamy. Jeśli sezon zakończy się sukcesem, czyli utrzymaniem w lidze - nikt nie będzie wnikał, nie będzie rozliczał klubu.
Sytuacja przypomina nieco to, co miało miejsce przy Ratuszowej w sezonie 1996/97. Klub Piłkarski Wałbrzych po awansie do drugiej ligi, która wówczas była zapleczem ekstraklasy, jesień zakończył na wysokim 5.miejscu. Zimą największy skarb, czyli Piotr Włodarczyk, zmienił KP na Legię Warszawa. W jego miejsce klub sprowadził Pawła Murawskiego i Dariusza Zawalniaka. Niektórzy oczami wyobraźni widzieli wałbrzyszan walczących o awans do pierwszej ligi. Zwłaszcza mając w pamięci pokonanie Dyskoboli Grodzisk Wielkopolski 4:3. Tymczasem runda wiosenna była ogromnym rozczarowaniem. Tuż przed startem ligi zrezygnował z prowadzenia zespołu Wiesław Pisarski, którego zastąpił Bogdan Przybyła. Na dzień dobry przyszła porażka w Gdańsku z Lechią 0:2, potem w Wałbrzychu wygrywa dołujący w tabeli Chrobry Głogów 2:1. Po trzeciej porażce (1:3 w Policach) przyszło w końcu zwycięstwo - 1:0 nad GKP Gorzów po golu Sebastiana Matuszaka. Ale potem nastąpiła najgorsza passa w historii klubu - 7 kolejnych porażek, w tym 6 pod rząd bez strzelonej bramki! W zespole nie było nie tylko Włodarczyka, ale i Roberta Samka, których nie potrafili zastąpić nowi zawodnicy oraz wychowankowie (m.in. Marek Wojtarowicz, Marcin Żydek, Tomasz Tur - obecnie Idziak). W klubie zrobiło się nerwowo, bowiem zespół zbliżył się do strefy spadkowej. Najpierw zakontraktowano Romana Rudego, brata Andrzeja, który był reprezentantem kraju, graczem takich klubów jak FC Koeln., Broendby czy Ajax. Miał on uporządkować grę w środku pola wraz z Jackiem Sobczakiem, który dawno zapomniał o formie, którą reprezentował choćby w Pucharze Zdobywców Pucharów w warszawskiej Legii. Obaj posiadali kapitalną technikę użytkową, tylko czemu nie potrafili pokazać jej w trakcie meczu? Paradoksalnie promyk nadziei dał ten najstarszy, ten którego wielu skreśliło - Grzegorz Krawiec. 33-letni pomocnik leczył kontuzję, której nabawił się podczas rozgrywek futsalowych, co odbiło się szerokim echem i nie spodobało się w klubie. Krawiec powrócił na arcyważny mecz z Elaną Toruń i w doliczonym czasie z rzutu wolnego dał KP zwycięstwo 1:0! W kolejnym meczu znowu gol Krawca i zwycięstwo w Bytomiu z Szombierkami 1:0! Przegrane derby w Legnicy (2:4 z Miedzią) i znów przy Ratuszowej zrobiło się nerwowo. Działacze na ostatnie trzy mecze wypożyczyli z wrocławskiej Ślęzy dwójkę zawodników - defensora pochodzącego z Jawora Huberta Łukasika oraz pomocnika Jacka Sorbiana. Prawdę powiedziawszy, sprowadzenie wspomnianej dwójki to był transferowy majstersztyk - sezon, dwa czy nawet wcześniej byli na celowniku nie tylko Śląska Wrocław, ale i innych klubów z pierwszej ligi. Ślęza marząca o wygraniu drugiej ligi stawiała zaporowe ceny, wręcz z kosmosu, aż w końcu po spadku do 3.ligi sami zawodnicy nie chcieli grać w I K.S. Gdy wiosną 1997 okazało się, że wrocławski zespół nie liczy się w walce o powrót do 2.ligi działacze z chęcią wypożyczyli zawodników. Po sezonie KP wykupił tych zawodników z klubu, dodatkowo dołączył trener Grzegorz Kowalski oraz wypożyczono Grzegorza Rosińskiego, który niestety po kilku miesiącach zginął tragicznie w wypadku samochodowym.
W ostatnich meczach KP z wypożyczoną trójką zapewnił sobie ligowy byt, choć diametralnej poprawy nie było. W Wałbrzychu najpierw był remis z Zawiszą 2:2, porażka w Rydułtowach z Naprzodem 0:1 i wygrana z Lechią Zielona Góra 2:1. W obu wałbrzyskich meczach solidarnie golami podzielili się Piotr Borek (po atomowych strzałach z rzutów wolnych) oraz Grzegorz Krawiec.
Czy dojdzie do wiosennych transferów zgodnie z zapowiedziami Bogdana Skiby?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



