sobota, 1 września 2012

Ostatni dzień sierpnia

Koniec sierpnia to w futbolu w większości krajów (wyjątkiem choćby Turcja) to również koniec letniego okienka transferowego. W tym roku ostatni dzień sierpnia dostarczył kilka piłkarskich wydarzeń.
W Monaco rozegrano tradycyjny mecz o Superpuchar, w którym triumfator Ligi Mistrzów Chelsea Londyn została zmiażdżona przez zwycięzcę Ligi Europejskiej Atletico Madryt. Wynik 4:1 mówi sam za siebie, a bohaterem został Kolumbijczyk Radamel Falcao Garcia Zarate, znany powszechnie jako Falcao. Znakomity snajper jest gwiazdą wielkiego formatu i pewnie lada chwila któryś z szejków wyłoży niebotyczną kasę by go wyciągnąć z Madrytu. Mecz ten był również pożegnaniem z Monaco, które przez kilkanaście lat gościło najlepsze drużyny ubiegłej edycji. Teraz rozgrywka o Superpuchar ma corocznie odbywać się na innych obiektach. Już niebawem blisko nas, bo w Pradze, pewnie za kilka lat zagości na którymś obiekcie po EURO 2012.A swoją drogą ten mecz pokazał, że siła ligi hiszpańskiej to nie tylko gwiazdy Realu i Barcelony, ale również innych zespołów. Zresztą konia z rzędem temu, który kojarzy twarz Javi Martineza, którego przejście z Bilbao do Bayernu Monachium za 40 milionów EURO stanowi rekord Bundesligi? Nam pozostaje podniecanie się plotkami transferowymi ile i kto by dał za Lewandowskiego.
Jeśli chodzi o okienko transferowe to w rodzimej ekstraklasie hitem okazało się zatrudnienie przez poznańskiego Lecha 40-letniego Piotra Reissa. Jaka liga taki hit. Przy Bułgarskiej mówiono o zagranicznym napastniku, najczęściej z ligi szwedzkiej lub holenderskiej, a wybór padł na klubową ikonę pogonioną kilka lat temu po zarzutach korupcyjnych. Wtedy gromy posypały się na działaczy o formę pożegnania, teraz mówi się o spełnieniu marzenia "Reksia", jego grze do zimy, późniejszej pracy w klubie. Na pewno jest to dobry krok marketingowy, ale czy sportowy... Korona króla strzelców dla leciwego Frankowskiego, dobra gra Saganowskiego w Legii podziałała na wyobraźnię w kraju, gdzie o dobrego napastnika naprawdę ciężko. Stąd w tym roku takie ruchy jak zatrudnienie przez Lechię Rasiaka, czy Koronę Żewłakowa. Można się spierać o zasadność tych transferów, bowiem jest wiele przykładów na tak i na nie. Wiedzą coś o tym choćby Maciej Żurawski czy Artur Wichniarek, których ponowna gra w polskiej ekstraklasie była jednym wielkim rozczarowaniem.
Transfery przeprowadzano również w niższych ligach, w drugiej lidze odwieszono zakaz transferowy toruńskiej Elanie, która po wzmocnieniach z Olimpii Grudziądz powinna być o wiele groźniejszym zespole. Najwięcej roszad było u niedawnego pogromcy Górnika Wałbrzych - Chojniczanki, gdzie pożegnano kilku graczy a wzmocniono się skutecznym napastnikiem Retlewskim, który strzelał w minionym sezonie gole dla Bytovii, a po transferze do legnickiej Miedzi w ogóle nie zaistniał. Dzięki portalowi 90minut.pl wiemy, że ostatni dzień mercato wywołał aktywność pod Chełmcem - nie mający większych szans na grę Dawid Rosicki przeszedł do MKS Szczawno Zdrój. W tym sezonie zagrał jedynie w Żórawinie w PP i mimo skromnej liczby młodzieżowców nie miałby okazji na regularne występy co z kolei może stać się w drużynie Wiesława Walczaka. Jeśli chodzi o Górnika to apetyt kibiców wzrósł po angażu Dawida Kubowicza. Zwłaszcza, że z zespołem Roberta Bubnowicza trenuje Adrian Mrowiec. Trudno określić jego przyszłość, ale fakt, że obecnie jest wolnym graczem nie przekreśla jeszcze jego gry przy Ratuszowej. Z transferów okołowałbrzyskich warto zauważyć, że klub znalazł Marcin Smoczyk, który dołączył do Macieja Udoda do Olimpii Kowary i z miejsca stał się gwiazdą defensywy beniaminka IV ligi.
Z końcem sierpnia dobiegł końca kontrakt Franciszka Smudy. Cicho nie było, bowiem media dramatycznie opisywały reakcję eks-selekcjonera po zakończeniu omawiania jego raportu z pracy z kadrą. Nie wiem czy Smuda miał łzy w oczach, ale normalnego raportu z wnioskami i zaleceniami nie spodziewałem się. Trudno było tego oczekiwać, skoro po turnieju Franc sam twierdził, że nic by nie zmienił, że postawa na mistrzostwach to nie porażka. Zresztą sprawa poturniejowych raportów w PZPN to sprawa śliska, bo bodaj tylko Engel złożył merytoryczną ocenę swojej pracy. Nagrodzony przez prezydenta Leo Beenhakker w ogóle nie pofatygował się skreślić paru słów.  Smuda nie powinien się martwić, bo prędzej czy później wróci na trenerską karuzelę. Już wymienia się go w kontekście nowego szkoleniowca Wisły Kraków czy Śląska Wrocław.
Właśnie w dolnośląskiej stolicy ostatni dzień sierpnia był ostatnim dniem pracy Oresta Lenczyka w charakterze trenera mistrza Polski. Jak ostatnio grał Śląsk - każdy widział, a jak nie widział to jest szczęściarzem i powinny mu wystarczyć nawet suche wyniki. Niezaprzeczalnym faktem jest, że Lenczyk przejął Śląsk, kiedy on był w strefie spadkowej, na "dzień dobry" zaliczył kilkanaście meczów bez porażki, doprowadził na finiszu do wicemistrzostwa kraju, by sezon później zdobyć mistrzostwo i superpuchar Polski. Takie są NIEZAPRZECZALNE FAKTY i tylko laicy mogą twierdzić, że to fartowny tytuł, że najsłabszy mistrz itd itp. Inna sprawa, że Oro-profesoro nie panował nad szatnią, porobiły się konflikty, gdzie apogeum był wyciek jego rozmowy w magistracie, gdzie skrytykował imiennie kilku zawodników. Stąd też swoje "pięć minut" mieli "panowie piłkarze" jak Ćwielong czy Dudek nazywając swojego trenera panem od wf-u czy panem, a nie trenerem. Gwoździem do trumny były boje pucharowe, gdzie Śląsk dzięki pracy Lenczyka zaliczył w ciągu dwóch edycji aż 12 meczów, z czego solidarnie wygrał po jednym, zresztą pierwszym w danej edycji. Hannoveru na chwilę obecną nie przeszła by żadna polska ekipa i cudów od wrocławian nikt nie oczekiwał, jednak wiadome było, że gęsta atmosfera w klubie spowoduje po dwumeczu z Niemcami właśnie dymisję trenera. I tak się stało. Ciekawe, że już w dniu dymisji ci co wieszali psy na trenerze jako pierwsi zaczęli pisać o tym, że zwolnić powinno się również inne osoby: od poszczególnych piłkarzy po ludzi z zarządu. Ale to, podobnie jak malejąca liczba widzów,  kulejący marketing już problem wrocławian. Złośliwym przeciwnikom trenera Lenczyka polecić należy zestawienie ligi polskiej od momentu kiedy objął on drużynę Śląska - na dzień dzisiejszy jest ona wciąż na 1.miejscu.
Ostatnim, ale bodaj najbardziej wkurzającym newsem ostatniego dnia sierpnia była wiadomość o możliwości, że meczów naszej reprezentacji możemy nie zobaczyć na ekranach telewizorów. No chyba, że zapłacimy za nią, tak jak w przeszłości bywało w przypadku walk bokserskich, czy płacąc i oglądając, bo tak należy przetłumaczyć system pay-per-view. Przed laty krytykowano sprzedaż praw telewizyjnych przez PZPN firmie SportFive, a tymczasem firma Andrzej Placzyński umie liczyć i chce wytargować jak najwięcej. Niestety, nasze pieniądze z abonamentu nie dadzą możliwości oglądnięcia meczów reprezentacji Polski w publicznej telewizji tak jak zostało ustanowione prawnie (żaden komercyjny kanał sportowy nie może wykupić transmisji z meczów reprezentacji). Szaranowiczowi zwiększyła się częstotliwość mrugania oczami za coraz większymi okularami gdy usłyszał ofertę Placzyńskiego i mecze z Czarnogórą (bardzo prawdopodobne) i Mołdawią (być może ktoś się obudzi po Czarnogórze i do tego nie dopuści) możemy nie zobaczyć. Szykuje się grubsza dyskusja, do której dołączą zapewne politycy oraz kandydaci na nowego prezesa PZPN.
Telewizyjne wymagania mogą wyjść bokiem również w Wałbrzychu. W pierwotnym terminie pucharowy pojedynek z Olimpią Grudziądz miał być rozgrywany o godz. 17.00, a ze względu na transmisję teraz - o 15.00. Wiadomo, że wysokie jest bezrobocie, ale część kibiców najnormalniej w życiu pracuje i w tej sytuacji nawet może nie zdążyć ani na mecz, ani na transmisję w telewizji. Poza tym zamiast wpływów za bilety, reklamy futbolu w tv, możemy my, wałbrzyszanie, najeść się wstydu - wielu wybierze wygodne domowe oglądanie zamiast siedzenie na brudnych siedziskach, więc kłuć w oczy będą pustawe trybuny. Powtórzenie frekwencji z meczu z ŁKS będzie sukcesem. Kłania się infrastruktura stadionowa - gdyby było oświetlenie to i transmisja mogła być o innej "piłkarskiej" porze.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Wyjazdowe zero

W drugiej lidze na wyjazdach nie dane było wystąpić jeszcze toruńskiej Elanie i sosnowieckiemu Zagłębiu, a wałbrzyski Górnik już trzykrotnie grał poza własnym stadionem. Mimo to całe trio pozostaje jedynym, które na wyjeździe nie zapunktowało. Usprawiedliwieniem tak beznadziejnego bilansu ekipy Roberta Bubnowicza może być fakt, że przeciwnicy to przedsezonowi faworycie "na papierze" do awansu. Niestety, przyglądając się wynikom, a przede wszystkim grze Górnika co mecz tym gorzej. W Bytowie przegrana minimalna (1:2) po doskonale wykonywanych rzutach wolnych rywala. Co ciekawe egzekutorem nr 1 w Bytovii jest doświadczony Wojciech Pięta, który w ostatniej kolejce popisał się golem z rzutu rożnego, a Jaroszewskiego pokonali jego koledzy. W Rybniku w pierwszej połowie było bez bramek co oznaczało prawdziwy uśmiech fortuny, bowiem tyle razy gospodarze gościli na polu karnym wałbrzyszan, tyle razy stawali przed szansą zdobycia gola, że zero po stronie zdobyczy bramkowych ROW-u to prawdziwy cud. Paradoksalnie, gdy wałbrzyszanie zaczęli organizować akcje ofensywne w drugiej odsłonie to posypały się gole. Daleki jestem, by zgodzić się doniesieniom wałbrzyskich mediów opisujących okoliczności strat bramki. W eter bowiem poszły dwa nazwiska winowajców: Dariusza Michalaka i Damiana Chajewskiego. Owszem, dwaj defensorzy popełnili błędy, ale dopiero po nich poszły zagrania do kolejnych z rybniczan, którzy dopiero dogrywali do strzelców bramek. Najbardziej chyba oberwało się młodemu Chajewskiemu, ale jego przebił Sławomir Orzech, którego nieporozumienie z Jaroszewskim kosztowało rzut karny. Obrona obroną, ale faktem jest, że w ofensywie na wyjazdach Górnik z meczu na mecz wygląda tragicznie. W Bytowie zachwycano się znakomitą indywidualną akcją Daniela Zinke. W Rybniku do przerwy był praktycznie jeden celny strzał w wykonaniu z rzutu wolnego Adriana Moszyka, a w drugiej szybkie ataki zakończone strzałami z dystansu. Cała liga wie od dawna, że gra ofensywna opiera się na szybkim Czechu, odcięcie jego od podań, uważna gra przy stałych fragmentach gry i po Górniku. Niestety, brutalna prawda. W Chojnicach Robert Bubnowicz zagrał jednym napastnikiem, a w składzie pojawił się debiutant Dawid Kubowicz. Do przerwy gra wałbrzyszan wyglądała dobrze, co prawda mecz ustawiła szybko stracona bramka przy której przysnął, niestety, Kubowicz, który wtedy odpowiadał za krycie Michała Szałka. Ale były ataki, próby strzałów. Ofensywa nie opierała się głównie na stałych fragmentach gry - zresztą górnicy w Chojnicach skompromitowali się przekombinowując przy rzucie rożnym. To co wypaliło w meczu z Sandecją zostało łatwo rozszyfrowane przez chojnickiego obrońcę. Mecze są obserwowane, nagrywane - nic nie da się ukryć, o tym powinni być świadomi Górnicy, bo nie można rozgrywać w ten sam sposób rożnych, wolnych przez lata! Podobała się w tej części reakcja trenera Bubnowicza, który zauważył, że ataki Chojniczanki suną głównie naszą prawą stroną, za którą odpowiadali młodzieżowcy Orzech-Radziemski i skorygował zamieniając pozycjami Orzecha z Dariuszem Michalakiem. Wyglądało to o wiele lepiej, choć do tego momentu mogło kosztować gości utratę kolejnych goli, gdyby lepiej nastawiony celownik miał doskonale znany w Górniku Marcin Orłowski.
W Chojnicach w drugiej połowie, gdy spodziewano się wyrównanej gry, niestety, dobrze zagrali tylko gospodarze. Paradoksalnie to zabrzmi, ale najgroźniejszym piłkarzem Górnika w początkowej fazie II połowy był Mateusz Sawicki, który próbował zaskoczyć Misztala po akcjach lewą stroną, ścięciu po do środka i strzałach z dystansu. Niestety, w 69.minucie zobaczył drugą żółtą kartkę, choć wg mnie mocno kontrowersyjną, bo trudno doszukać się w upadku Mateusza premedytacji w celu wymuszenia "jedenastki". Sędzia ukarał żółtą kartką i niepotrzebne kierownictwo Górnika odstawiło szopkę z szybką zmianą Moszyka za Sawickiego, dla którego było to drugie napomnienie w tym meczu. Można mieć pretensje w tej sytuacji dla sędziego Hasselbuscha, który pogubił się i długo nie wyciągał czerwonej kartki po okazaniu wpierw żółtej. Tuż po wykluczeniu, dośrodkowanie z lewej strony, "wielbłąd" w kryciu Orzecha i Feruga podwyższa na 2:0 i było praktycznie po meczu.
Dawid i G... Garuch. Mecz to nie przypowieść biblijna - Dawid przegrany.
Trudno wyróżnić kogoś po przegranym meczu, ale na pewno Damianowi Jaroszewskiemu wałbrzyszanie zawdzięczają, że nie przegrali wyżej. Wiele przechwytów zaliczył Tomasz Wepa, bodaj najlepszy wśród pomocników. Niestety, zabrakło kreatywności w drugiej linii, aktywności w ataku. Niewidoczny był Zinke, ale nikt nie zasilał go podaniami. Problem w tym sezonie jest z Dominikiem Radziemskim, który nie pierwszy raz po przerwie całkowicie gaśnie. Więcej spodziewano się po Dawidzie Kubowiczu, który zadebiutował w seniorach Górnika. Piłkarz z pierwszoligową przeszłością zagrał na środku obrony, miał być jej suwerenem, a po prostu zawiódł. Przy pierwszej bramce zawalił krycie, w drugiej połowie popełnił szkolny błąd, po którym Rysiewski POWINIEN strzelić gola. Trzeba mieć nadzieje, że po złym początku będzie tylko lepiej.
Skromna kadra nie pomaga trenerowi Bubnowiczowi w ewentualnych korektach w składzie.  Wciąż kibice nie wiedzą na co stać Adriana Zielińskiego, który strzelał w sparingach, dał dobrą zmianę w Pucharze Polski. Może czas na odważną szansę w ataku obok Daniela Zinke? Gra lidera wałbrzyszan Marcina Morawskiego została dawno rozszyfrowana i niestety, osamotniony w prowadzeniu gry niewiele może zdziałać. Formę Grzegorza Michalaka od dawna można nazwać jednym słowem - stagnacja.
Dla pocieszenia początek jesieni ubiegłego sezonu był bardziej tragiczny, a jak się skończyło wszyscy doskonale pamiętamy. W sobotę przyjeżdża Raków Częstochowa, który uchodzi za rewelację tej rundy. Zapowiada się ciekawy mecz, w którym przekonamy się jak zespół Jerzego Brzęczka się zmienił po przyjściu 3 stranierich.

sobota, 25 sierpnia 2012

Kuba grabarzem rezerw?

Nie mają coś szczęścia rezerwy ligowca z Ratuszowej w klasie okręgowej. W ciągu 4 lat zanotowały drugie wycofanie się w trakcie trwania rozgrywek. Żal pozostał nie tylko wśród kibiców tej drużyny, ale i wśród zespołów zainteresowanych grą w okręgówce - Górnik II wycofał się zaledwie po dwóch meczach, teraz w terminarzu jedna drużyna będzie pauzować, a przecież sprawę tę można było rozwiązać kilkanaście dni wcześniej i na pewno znalazł by się chętny na grę w okręgówce - czy to któryś ze spadkowiczów, bądź z czołowych zespołów A klasy.
Miniony tydzień przyniósł jednak dwie istotne wiadomości dla sympatyków Górnika Wałbrzych. Najpierw emocje można było przeżywać w związku z losowaniem par 1/8 Pucharu Polski:
Różne były oczekiwania, a jeśli wierzyć wypowiedziom zamieszczonym na stronie B.Skiby spełniło się życzenie Czesława Zaparta. W teorii wałbrzyszanie są najsłabszym ze stawki i nie ma co się dziwić optymizmowi ekipy z Grudziądza. Jaka by się nie trafiła drużyna - tak samo by zareagowała. Można zaryzykować stwierdzenie, że Olimpia jest zespołem nawet mniej medialnym niż ŁKS Łódź co może spowodować, że na mecz przyjdzie mniej kibiców niż na potyczkę z drużyną Marka Chojnackiego. Inną sprawą jest, że mecz z łodzianami był w sobotę, a z Grudziądzem w środku tygodnia. Niewiadomą jest czy któraś ze stacji telewizyjnych pokusi się o relację telewizyjną co też może spowodować, że część wybierze kibicowanie w kapciach przed telewizorem. Olimpia jest starszym klubem od wałbrzyskich klubów, ale dorobek jest o wiele skromniejszy, bowiem najlepszym futbolowym wynikiem jest 11.miejsce w minionym sezonie i 1/16 finału PP w sezonie 2009/10. Reasumując tegoroczne wyeliminowanie po dogrywkach Pogoni Szczecin i Lecha Poznań jest historycznym sukcesem zespołu trenowanego przez Tomasza Asenskyego. Faworytem są grudziądzanie, ale puchary rządzą się swoimi prawami i może przy Ratuszowej dojdzie do kolejnej niespodzianki?
Kubowicz oblał testy w Sosnowcu
Dzień po losowaniu futbolową Polskę obiegł news, że były gracz Termaliki Nieciecza Dawid Kubowicz został graczem Górnika Wałbrzych. Powiało optymizmem, zwłaszcza, że w klubie nie było pieniędzy na zatrzymanie podstawowych graczy z ubiegłego sezonu, a jedynym nabytkiem był powracający ze Słubic Adrian Zieliński. Czy angaż byłego gracza Wisły Kraków, Tura Turek, Floty Świnoujście oznacza, że ktoś zdecydował się zasponsorować gracza? A może kasa znalazła się po wycofaniu rezerw? Tak zasugerowałem w tytule, ale oczywiście nie może to być prawdą i sam w to nie wierzę. Kubowicz znalazł się w takim miejscu swojej kariery, że nie udało mu się załapać do drużyny pierwszoligowej czy drugoligowej (bardziej zamożniejszej od Górnika). Najgłośniej było o jego testach w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie nie przekonał do siebie Jerzego Wyrobka. Po co więc tracić czas na indywidualnych treningach skoro można zachować rytm meczowy w rodzinnym mieście dodatkowo grając w klubie, gdzie się stawiało pierwsze piłkarskie kroki? Owszem znajdą się malkontenci, którzy stwierdzą, że to krok w tył dla Dawida, który grał w słynnej Wiśle Kraków w Pucharze Ekstraklasy, zdobywał mistrzostwo Młodej Ekstraklasy i grał w reprezentacji Polski juniorów. Ale druga liga to wciąż klasa centralna, obserwowana przez wielu trenerów, skautów i wciąż szansa zauważenia przez kogoś z klubów wyższych lig. Na taki krok zdecydował się Kubowicz, a wciąż czeka Adrian Mrowiec, któremu nie wypaliła przygoda w Lipsku. Był na meczach pucharowych, wciąż nie ma klubu i być może również zasili wałbrzyszan, gdzie grał jedynie w juniorach. Póki co do plotek można zaliczyć ponowny mariaż klubu z Damianem Misanem, któremu nie udało się znaleźć klubu i teraz gra w macierzystej Olimpii Kamienna Góra. Przeskok z pierwszej do piątej ligi jest na pewno szokiem dla tego gracza, w trzecioligowym Górniku swego czasu nie powalił na kolana swoją grą, ale kto wie czy nie byłby dobrym konkurentem dla swego krajana z Kamiennej Góry - Moszyka. Póki co przykład z Misana wzięli dwaj gracze, którzy latem trenowali z Górnikiem, ale wybrali niepewną przyszłość z Czarnymi Żagań. Adam Kłak i Patryk Spaczyński grali razem ze sobą w Miedzi Legnica, w Żaganiu szybko dowiedzieli się, że klub nie będzie grał nawet w trzeciej lidze no i wylądowali w legnickiej okręgówce w Mewie Kunice, którą trenuje ich były szkoleniowiec z Legnicy, a w przeszłości gracz Górnika Wałbrzych - Andrzej Kisiel.
Wracając na koniec do rezerw, które przegrały oba spotkania w nowym sezonie. Po odejściu kilku graczy, zazębieniu się terminarza okręgówki z meczami drugoligowymi do gry pozostali juniorzy i kilku graczy z rocznika 1992. Oczywiście argumentem na NIE dla wycofania jest fakt, że młodzi rezerwowi typu Jarosiński, Polak, Piątek nie mają praktycznie gdzie grać, zdobywać meczowego doświadczenia. Z drugiej strony jaki jest sens by juniorzy po ciężkich meczach w DLJ męczyli się w okręgówce, gdzie bardziej kopaliby się po czołach z rywalami a nie podnosili umiejętności. Najlepszym wyjściem z tej aktualnie patowej sytuacji jest po prostu wypożyczenie kilku graczy, by ogrywali się np. w MKS Szczawno Zdrój czy nawet w trzeciej lidze (Dzierżoniów, Świdnica, Bielawa - gdzie już trafił Matysek).
Przed rundą wiosenną 2008 nastąpiło wycofanie rezerw czwartoligowego Górnika/Zagłębia, który właśnie przemianował się na Górnik PWSZ. AZS PWSZ Wałbrzych zakończył jesień 2007 na 5.miejscu, a wśród graczy byli i obiecujący wówczas juniorzy (Jasiński, Szyszka, Pałys, F.Jaworski, Fedycki, W.Ciołek), gracze, którym nie udało się w seniorach przedostać się do I zespołu (Horyk, Piwoński) a także weterani (Bębeniec, J.Borcoń, K.Radziemski, S.Radziemski). Praktycznie jedynym, któremu udało się wywalczyć miejsce w I zespole był Dariusz Michalak, który w tamtym sezonie zaliczał grę w 4.lidze, okręgówce i DLJ. Jego osoba znalazła się również na tapecie w kontekście sensu utrzymywania nieperspektywicznego wg działaczy zespoły rezerw. To oczywiście nie była wina Darka, ale niesmak pozostał i wielu mu to wypominało. A jakie były korzyści dla I zespołu? Górnik wiosną 2008 walczył o awans do nowej 3.ligi, zakończyło się dalekim miejscem co w praktyce oznaczało degradację, bowiem 4.liga stała się de facto piątym szczeblem rozgrywek.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Starsi chłopcy też walczą o puchar

Rozgrywki krajowego pucharu mają różną renomę. W Anglii jako najstarsze rozgrywki są bardzo prestiżowe i dla wielu jest priorytetem udany start w edycji Pucharu Anglii. U nas próbuje się nadać odpowiednią rangę rozgrywkom, ale PZPN idzie to po przysłowiowej grudzie. Dziennikarzom marzy się przykładowo finał na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym, prezydent wręczający trofeum, ale jak się okazuje, miejsce rozgrywania finału wybrane będzie w ostatniej chwili, transmisje z meczów podzielone na kilka stacji telewizyjnych, brak sponsora strategicznego (kilka lat temu sponsorem PP była firma Remes z Opalenicy). Same drużyny deklarują, że puchar do najkrótsza droga do gry w europejskich pucharach, ale zdarza się tak jak choćby w przypadku jednej z eksportowych naszych ekip w ostatnich latach, czyli Lecha Poznań, któremu przed startem ligi pozostała właśnie tylko ligowa przepustka do europejskiej promocji. To są oczywiście problemy "wielkich" w futbolu, inne drużyny grają bez takiego ciśnienia sprawiając niespodzianki, eliminując wyżej notowanych rywali. W tej edycji rola pucharowego kopciuszka przypadła wałbrzyskiemu Górnikowi. Nie jest tajemnicą, że wylosowanie drugoligowca był dla piętnastki niczym los na loterii. No, może ze względu na odległość pod Chełmiec nie chcieli by przyjechać z Białegostoku... W Wałbrzychu liczono na ekstraklasową drużynę, tymczasem piłkarze Roberta Bubnowicza zagrają z Olimpią Grudziądz. Pierwszoligowcy 2 lata temu w drugiej lidze łatwo i to dwukrotnie obili Górnika 3:0, 2:0, a teraz na pucharowym szlaku pokonali ekstraklasową Pogoń Szczecin i Lecha Poznań. Rywal może nie z najwyższej półki, ale na pewno groźny, którego nie wolno lekceważyć i na pewno gospodarzy czeka cięższa przeprawa niż z Sandecją czy ŁKS.
Puchary rządzą się jednak swoimi prawami i wszystko jest możliwe.
Pucharowe rozgrywki to szansa również dla drużyn niezrzeszonych, nie grających w żadnych rozgrywkach. Dlatego też "turniej tysiąca drużyn" jest szansą dla zespołów olbojów. W ostatnich tygodniach głośno o projekcie FC Wembley. Londyński klub kojarzący się z najsłynniejszym brytyjskim stadionem swoją nazwę ma od dzielnicy. Od niedawna sponsorem tego półamatorskiego klubu została firma Budweiser, która na dyrektora technicznego namaściła znanego selekcjonera Terry Venablesa.
Od lewej: Le Saux, Seaman, Venables, Parlour, Caniggia.
 Ten z kolei na tegoroczną edycję pucharu zmontował ekipę weteranów, których nazwiska kojarzą miliony kibiców na całym świecie. Bramkarz David Seaman, obrońca Martin Keown, napastnik Ray Parlour to legendy Arsenalu Londyn, Greame Le Saux podobnie jak Kanonierzy grywał w kadrze Anglii. Znalazło się miejsce również dla znakomitości zza granicy: Argentyńczyka Claudio Caniggi i Amerykanina Briana McBride'a.
Pomysł reaktywacji dawnych gwiazd nie jest nowatorski. W pucharowych rozgrywkach na szczeblu Wielkopolskiego ZPN regularnie startują  oldboje Lecha, gdzie kibice jeszcze raz mogli zobaczyć w akcji Okońskiego, Juskowiaka, Dembińskiego. W tym roku głośno o starcie gwiazd z klubów śląskich, którzy w weekend w I rundzie podokręgu Katowice wygrali z rezerwami Górnika Wesoła 4:1 po golach m.in. Dariusza Gęsiora czy Radosława Gilewicza. W Małopolsce w pucharowej drabince kolejne szczeble chcą pokonywać oldboje Wisły Kraków z Motyką, Węgrzynem, Jałochą, Szymkowiakiem czy Kmiecikiem.
Na Dolnym Śląsku starsi panowie regularnie grają w osobnych rozgrywkach i nie mam tu na myśli halowe kopanie w wałbrzyskim OSiR-ze. Na stronie DZPN jest specjalna zakładka dla ciekawych. Wałbrzyscy oldboje swoją drugą złotą młodość przeżywali ponad dekadę temu. Był sukces podczas mistrzostw oldbojów w Buczynie również w halowych MP, w wałbrzyskiej halówce Włodzimierz Ciołek i spółka również była swego czasu niepokonana. W PP na szczeblu OZPN Wałbrzych w sezonie 1999/2000 doszło do ciekawej rywalizacji pomiędzy trzecioligowym wówczas Górnikiem Wałbrzych a Oldbojami. Wygrali ligowcy, ale skromnie 1:0 po celnie wykonanym przez Pawła Murawskiego rzucie karnym. Dla przypomnienia składy:

GÓRNIK: R.Wodzyński – Jagielski, Solarz, Marcin Wojtarowicz (46 S.Radziemski) – P.Smoczyk (50 Gąsiorowski), Falkenberg (46 Tragarz), Z.Zawadzki, Murawski (60 M.Domagała), Jeziorski – Marek Wojtarowicz, Zawalniak.
Oldboys: Walusiak – Jasek (44 Zięć), Bachusz (80 Zaczkiewicz), Dębski, Resel – Dauksza, Wierzbicki, Hołda (46 Gorczyca), Kuleszo – Sobek, Kuwałek.
Zabrakło co prawda Włodzimierza Ciołka, ale nie zawiedli czynni wówczas piłkarsko Mirosław Gorczyca, Robert Kuwałek (Juventur Wałbrzych), Tomasz Resel, Marek Wierzbicki, Zbigniew Kuleszo. Pewnie i teraz podobny pomysł spotkałby się z zainteresowaniem kibiców futbolu pod Chełmcem.

piątek, 17 sierpnia 2012

Po olimpiadzie rusza w końcu ekstraklasa

Olimpiada przyniosła nam kolejną bezproduktywną debatę - jak po niepowodzeniu futbolistów EURO (choć F.Smuda nie rozumie krytyki polskich piłkarzy) wszyscy chcieli uzdrawiać rodzimy futbol tak teraz wszyscy chcą znaleźć sposób na zwiększenie liczby medalistów za kilka(naście) lat. Dobrze, że nikt nie wspomina o Austrii, która z Londynu wraca z zerowym kontem medalowym.
Turniej piłkarski miał przynieść złoty medal Brazylii, której brakuje właśnie tego triumfu. Jak się skończyło - wiemy doskonale, choć wielu wałbrzyszan zamiast oglądania finałowego meczu z Meksykiem wybrało oglądanie przy Ratuszowej pucharowego meczu z ŁKS. Faza grupowa przyniosła klęskę Europy. Wielu oczami wyobraźni widziało Hiszpanię jako zespół mogący pokonać Canarhinos, a tymczasem podopieczni Luisa Milli pożegnali turniej jako pierwsi po dwóch porażkach. Ba - w 3 meczach zdobyli ledwie punkt nie zdobywając bramki! Już pierwszy mecz, przegrany z Japonią 0:1 był ostrzeżeniem, ale dobra forma Samurajów nie była przypadkiem, bowiem Azjaci w pierwszej fazie turnieju grali rewelacyjnie - szybko, pomysłowo. Niespodzianie katem Hiszpanii był gracz, którego nie chciano w naszej ekstraklasie. 25-letni Honduranin Jerry Bengtson przed rokiem blisko był Wisły Kraków, brano pod uwagę jego angaż w Legii i Lechu. Najbliżej ponoć mu było pod Wawel, bowiem jego agent reprezentował interesy innego Wiślaka
Jerry Bengtson (Honduras)
Osmana Chavesa, ale uznano, że większy pożytek będzie z Dudu Bitona. O ile Izraelczyk strzelił kilka bramek to brak angażu Bengtsona może irytować kibiców w Warszawie i Poznaniu. Legii nie zbawił ani Nacho Novo ani Ismael Blanco, a Kolejarz opierał ofensywę jedynie na Rudnevie. Bengtson tymczasem na olimpiadzie celnym strzałem pokonując bramkarza Manchesteru United Davida De Geę nie tylko wyrzucił faworyzowanych Hiszpanów z turnieju, ale i wprowadził swoją reprezentację do ćwierćfinałów, gdzie dzielnie Honduras walczył z Brazylią ulegając nieznacznie 2:3. Inne europejskie reprezentacje również przedwcześnie musiały się żegnać z brytyjskimi boiskami: Szwajcarzy bez zwycięstwa z remisem jedynie z egzotycznym Gabonem mogą się usprawiedliwiać, że grali w grupie z dwoma późniejszymi medalistami - Meksykiem i Koreą Południową, Białoruś pokonała Nową Zelandię, dzielnie walczyła z Brazylią, a wyjście z grupy przegrała w decydującym meczu z Egiptem. Jedynie gospodarze - Wielka Brytania -wygrali swoją grupę, choć po remisie z Senegalem odezwały się głośne słowa krytyki. Trener Stuart Pearce naraził się przed olimpiadą niepowołaniem Davida Beckhama - ikony bardziej popkultury niż futbolu brytyjskiego. Kapitanem został Walijczyk Ryan Giggs, który tym samem do sukcesów klubowych dołączył wreszcie pierwszy udział w turnieju mistrzowskim w seniorach, bowiem z Walią było to niemożliwe. Tak jak to było podczas EURO oraz wcześniejszych turniejów Wielka Brytania odpadła po rzutach karnych. Koszmar jedenastek pamięta z mundialu 1990 (pudło w półfinale z Niemcami) z autopsji Pearce, a w 1/4 z Koreą  najpierw nie popisał się Aaron Ramsey, którego uderzenie przed przerwą obronił Jung, choć kilka minut wcześniej w tej samej rywalizacji Koreańczyk skapitulował. W serii jedenastek gospodarze przegrali 4-5 i jak się okazało o medale grać mieli przedstawiciele Azji i obu Ameryk. Brazylijczycy do finału mieli znakomitą passę zwycięstw, w których zdobywali regularnie po 3 bramki, Meksyk wyeliminował rewelacyjną
Oribe Peralta (Meksyk) - bohater olimpijskiego finał
Japonię, która rozbita psychicznie po przegranym półfinale (1:3) uległa w meczu o brąz 0:2 z Koreą. W finale Meksyk zaskoczył rywala już w 1.minucie, potem dzielnie bronił się przed atakami króla strzelców turnieju Leandro Diamao, Neymara, czy Romulo. Warto dodać, że trener Luis Fernando Tena nie mógł skorzystać z największej gwiazdy swojej ekipy - kontuzjowanego Giovani Dos Santosa (Tottenham), który krytykowany jest za hulaszczy tryb życia w Londynie co również stało się powodem pożegnania z Barceloną. Ale Dos Santos ma przebłyski geniuszu objawiającego się, że zapomina o własnym ego, gra dla drużyny o czym przekonała się choćby reprezentacja USA w Złotym Pucharze. Bohaterem finału na Wembley został Oribe Peralta, który strzelił dwa gole, Brazylijczycy po raz pierwszy nie strzelili na olimpiadzie trzech bramek - zdołali odpowiedzieć celnym uderzeniem Hulka w doliczonym czasie gry i po końcowym gwizdku Canarhinos zalali się łzami. Jeśli taki dream team nie sięgnął teraz po złoto olimpijskie to już chyba nigdy tego nie osiągnie. A Meksykanie zdobyli piłkarski pierwszy medal i od razu złoty. Szkoda, że radość z oglądania w polskiej telewizji finału psuł Jacek Jońca, który niemiłosiernie irytował swoim "Mexico rarara" licytując się w tej materii z "dominatorami" Szpakowskiego.
Tymczasem w tym tygodniu w Polsce dowiedziano się, że rodzima ekstraklasa rusza późno w sierpniu ze względu na olimpiadę. Wg Ekstraklasy SA kluby już wiosną zaakceptowały późny start rozgrywek, by publiczność nie musiała wybierać między "emocjami" naszej ligi a igrzyskami. Jako forpocztę kibice piłkarscy mieli kompromitację polskich drużyn w pucharach i powtórkę miernoty reprezentacyjnej z Estonią. W tak podłych nastrojach dawno nie ruszała nasza ekstraklasa, która "ekstra" jest tylko z nazwy. Transferów gotówkowym jak na lekarstwo, większość klubów ma problemy finansowe, system licencyjny to czysta fikcja, bo jak inaczej nazwać casus Piasta Gliwice, gdzie nie tak dawno oddano do użytku nowoczesny stadion, na którym nie mogą wejść kibice gości - vide 1.kolejka i mecz z Górnikiem Zabrze. W ogóle kibice gości mają w najwyższej klasie rozgrywkowej problemy z wejściem na stadiony. Hasło gramy dla kibiców jest niestety pustym sloganem, bo wg organizatorów, a przede wszystkim policji wygodniejszym rozwiązaniem jest zakaz, gra przy pustych trybunach niż ochrona bezpieczeństwa na wypełnionymi, żyjącymi trybunami.
Paweł Oleksy - wałbrzyski jedynak w ekstraklasie.
Ciężko również wytypować faworyta. Tradycyjnie już lekceważąco traktuje się obrońcę tytułu z Wrocławia, ale czy jest zespół, który zdecydowanie się wybija by zdetronizować Śląsk? Legia na papierze to od lat powinna być mistrzem, a jak zawodziła tak zawodzi. Mecze pucharowe czy to w Europie czy w kraju brutalnie weryfikują Lecha i Ruch. Może pod wodzą Probierza odrodzi się Wisła? Może Jagiellonia Hajty będzie rewelacją rozgrywek po dość ciekawych transferach? Czy powrót na trenerską ławkę do rodzinnego Trójmiasta Bogusława "całuje rękę Leo" Kaczmarka da spodziewany kop w górę tabeli gdańskiej Lechii? Czy rewelacja wiosny z Lubina potwierdzi formę jesienią? Jak zagrają beniaminkowie? Takie pytania krążą przed inauguracją. Wielu kibiców z Wałbrzycha na żywo ogląda mecze w Lubinie i Wrocławiu, gdzie są nowoczesne obiekty, nie kierują się uprzedzeniami do tamtejszych klubów. Kogo możemy spotkać na boiskach ekstraklasy związanego wcześniej z Wałbrzychem? Wśród piłkarzy to Paweł Oleksy - wychowanek Skalnika Czarny Bór, który via Wałbrzych trafił do Lubina, gdzie się rozwinął piłkarsko. Po wypożyczeniach do Głogowa, Polkowic, Bydgoszczy przyszła pora na beniaminka Piasta Gliwice. Przedmeczowe sparingi pokazują, że najprawdopodobniej lewa obrona będzie obsadzona przez Pawła. Poza tym kibice oglądający mecze muszą przyglądać się ławkom rezerwowych: w szczecińskiej Pogoni za formę bramkarzy odpowiada były bramkarz Górnika Wałbrzych Grzegorz Żmija, który na Pomorze przybył wraz z trenerem Skowronkiem, w poznańskim Lechu asystentem Mariusza Rumaka jest były junior Górnika - Jerzy Cyrak, a przyglądając się przeprowadzanym zmianom w Zagłębiu Lubin dostrzeżemy Wiesława Stańko - b.napastnika pierwszo- i drugoligowego Górnika - w roli kierownika drużyny KGHM.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Pucharowa przygoda wciąż trwa!

W sobotę, po wielkich derbowych pojedynkach z Karkonoszami czy Chrobrym, znowu niespotykane w drugiej lidze w Wałbrzychu tłumy zjawiły się przy Ratuszowej. Wielu nie doceniło ilości, że może aż tylu przyjść mimo deszczowej aury i musieli odstać swoje przy wejściu. Ostatni wchodzi na sektor około 20.minuty gry. Wielu musiało wracać spod barierek pod kasy wypisać dane osobowe - nauczka dla nieczytających komunikaty klubowe. Renoma rywala zrobiła swoje, choć tak naprawdę z dawnego, dobrego ŁKS został Chojnacki (dziś trener, wcześniej rekordzista polskiej ligi w ilości występów - wszystkie w ŁKS), Wyparło (Bodzio W. - wiadomo), kibice no i nazwa. Łodzianie wciąż wegetują, brak podstaw finansowych i organizacyjnych nie wróży niewiele dobrego i nie zmieni tego zwycięski mecz w lidze w Katowicach z GKS.  Do pucharowego boju łodzianie przystąpili we wzmocnionym składzie, bowiem zagrali wypożyczony z Wisły Daniel Brud oraz powracający do ŁKS z Podbeskdzia Michał Osiński. Biorąc pod uwagę, że Górnik przystąpił do rywalizacji osłabiony brakiem Tomasza Wepy (kartki) i Jana Rytko (kontuzja) to więcej atutów było po stronie spadkowicza z ekstraklasy. Robert Bubnowicz obok Marcina Morawskiego mógł wystawić jedynie Grzegorza Michalaka, tego z kolei w obronie zastąpił Sławomir Orzech. Zwolnione przez Orzecha miejsce na środku obrony zajął niedawny rekonwalescent Michał Łaski, no i po lewej stronie przed Dariuszem Michalakiem grał Mateusz Sawicki. W teorii gorzej miała wygląda prawa strona Górników, ale błąd za błędem padał z kolei po lewej, czego następstwem był gol Mateusza Stąporskiego. A wypracował go dobry znajomy z meczów z Chrobrym Głogów Konrad Kaczmarek. To, że łodzianie nie wykorzystali "wielbłądów" zwłaszcza Grzegorza Michalaka to już będzie ich tajemnicą, bowiem
Radość po golu Daniela Zinke [foto:Dariusz Gdesz]
klasowa drużyna powinna skorzystać z takich prezentów. Spotkanie z ŁKS przypominało w pewnym sensie poprzedni pucharowy mecz na murawie Stadionu 1000-lecia z Sandecją. Pierwszoligowi goście pokazywali tzw. większą kulturę gry, obejmowali zasłużone prowadzenie, nie potrafili wykorzystać prostych błędów, potem szanse Górnika, wyrównanie i mocne akordy przed zejściem na przerwę. Dwa bliźniacze połowy. W obu przypadkach wałbrzyscy gracze nagrodzeni oklaskami schodzili do szatni. W drugiej odsłonie nie było tak zabójczych kontr jak z Sandecją, ale przy odrobinie szczęścia - czytaj lepiej ustawionego celownika Daniela Zinke, wynik mógłby być podobny. Zaskakuje nawet samego siebie Dariusz Michalak, który w pucharowej przygodzie rozegrał w tej edycji 3 mecze strzelając 3 gole! Dla przypomnienia: 5 lat gry w seniorach przyniosło ledwie jedną bramkę młodszego z braci Michalaków. Debiut zaliczył Adrian Zieliński, po którym nie było widać debiutanckiej tremy, zebrał brawa za zablokowanie doświadczonego ligowca - dał, podobnie jak Paweł Matuszak, dobrą zmianę. Po zakończeniu meczu wiele żalu było na pewno w obozie łodzian: czy Michalak przy golu nie był na spalonym, czy rzeczywiście Paweł Kaczmarek nie był faulowany w polu karnym? Ale faktem jest, że ŁKS stworzył sobie mniej sytuacji strzeleckich od gospodarzy.
Wynik poszedł w świat - Górnik Wałbrzych wyeliminował kolejnego pierwszoligowca i pod koniec września będzie walczył o ćwierćfinał. W 1/8 będzie grającą drużyną w najniższej klasie, więc większość z tej piętnastki marzy by wylosować najłatwiejszego w teorii przeciwnika. Z tytułu, że wałbrzyszanie są takim pucharowym kopciuszkiem można liczyć, że któraś ze stacji orangesport/tvnturbo zdecydują się na realizację transmisji z Ratuszowej. Tutaj z kolei pole do popisu ma nowy specjalista od marketingu Krzysztof Urbański. Nazwa klubu i miasta z powodu sukcesów pucharowych już pojawiła się w całej Polsce z telewizji, głównych portalach internetowych - chyba dopiero teraz co niektórzy mogą się przekonać co klub i miasto straciło na skutek zlekceważenia rywalizacji w ubiegłym roku.
Kibiców przyszło więcej, ale nie oczekiwałbym nagłego wzrostu frekwencji w lidze, gdzie zapewne znów będzie kilkaset wiernych fanów. Jedni byli ciekawi przyjazdu piłkarzy ŁKS, drudzy- kibiców z Łodzi. Pisano o rzekomej inwazji fanów ŁKS, a przybyło ich ponad 150.  Kibice Górnika dopingowali piłkarzy przez cały mecz - oby to stało się tradycją również na każdym ligowym meczu.
Po wygraniu trzeciego meczu z pierwszoligowcem wielu zadaje sobie pytanie: jaka w końcu jest ta pierwsza liga? Czy Górnik faktycznie w takim składzie osobowym poradził sobie w wyższej klasie rozgrywkowej? Paradoksalnie zwycięstwa w pucharze mogą być wypominane podopiecznym Roberta Bubnowicza, w przypadku niepowodzeń w 2.lidze. Drugoligowcy preferują inną grę, sukcesy w pucharze Górnik zawdzięcza stałym fragmentom gry i umiejętnej grze z kontry, w lidze natomiast większość zespołów skuteczność opiera na wolnych i rożnych, więc znając już sposoby wykonania ich przez Górnika nie jest to już tak groźna broń. Poza tym zespoły grający na wyjazdach, również w tym przypadku w Wałbrzychu, skupiają się na obronie i to oni, a nie Górnik stawiają na grę z kontry. Innymi słowy w lidze jest inna gra - w 1.lidze bardziej otwarta, beniaminkowie z drugiej ligi ugruntowują opinię, że wcześniej klasę niżej była sieczka, ligowa młócka oparta głównie na sile fizycznej, teraz przydaje się taktyka i technika. Może to i prawda, ale większość tych pierwszoligowców odpadła z pucharowej przygody, która wciąż trwa z udziałem Górnika Wałbrzych.

piątek, 10 sierpnia 2012

Euroklęska

Wstydliwie zakończyła się przygoda większości polskich drużyn w europejskich pucharach. Swego czasu rozgrywki Intertoto były istnym dopustem bożym - najpierw drużyny walczyły by w nim wystąpić, a potem szybko odpadały jeszcze przed inauguracją ligowych rozgrywek. Oglądając (w tym roku najczęściej w internecie, bo telewizja zdominowana została  przez igrzyska, ale przynajmniej nie trzeba słuchać naszych komentatorów) poczynania naszych pucharowiczów to dochodzi się do wniosku, że to bardziej element przygotowań do nowego sezonu niż zwieńczenie minionego sezonu.
ŚLĄSK Wrocław
Wrocławianie po raz drugi w swej historii występują w najważniejszym z europejskich pucharów. Już nie na "kurniku" przy Oporowskiej jak przed rokiem, lecz na arenie EURO 2012 przy Alei Śląska. Na ekipę Oresta Lenczyka spadła za grę największa krytyka, choć po prawdzie czy mógł zespół grać lepiej? Świecką tradycją w Polsce stało się, że tytuł mistrzowski  wiąże się z brakiem funduszy na utrzymanie dotychczasowej kadry i na jej wzbogacenie. W Śląsku odeszło bezgotówkowo (!!!) ... zawodników: najskuteczniejszy w zespole obrońca Celeban, podejrzany o korupcję Pietrasiak, kontrakty skończyły się kontuzjowanemu Fojutowi, bohaterowi z Dundee Dudkowi, Madejowi. Król jest nagi - można rzecz przyglądając się transferom. Jedynie
Początek końca Śląska- Helsinborg zaczyna potop szwedzki.
sprowadzony w ub.tygodniu kadrowicz Jodłowiec coś kosztował, resztę zawodników pozyskano na zasadzie angażu wolnych zawodników, którym skończyła się umowa z poprzednim klubem. Im trzeba było jedynie zapłacić za podpis na kontrakcie + prowizja dla menedżera. Nazwiska graczy, którzy mieli zawojować Ligę Mistrzów wzbudzały uśmiech politowania, bo to nie są gracze z najwyższej ligowej półki: Patejuk (wyróżniał się w przeciętnym Podbeskidziu, ale ma już 30 lat, Grodzickiego (Ruch) i Kowalczyka (Lubin) Lenczyk zna jeszcze z pracy w Bełchatowie. Pamiętając skuteczność transferów dawnych podopiecznych Oro-profesoro (Cetnarski, Wasiluk) trudno wyrokować by byli oni zbawcami mistrza kraju. Jedynie momentami pierwszego meczu w Podgoricy można było dostrzec przebłyski mistrzowskiej formy, ale biorąc pod uwagę wątpliwy karny, rozregulowane celowniki Czarnogórców to i tak sukcesem był awans do kolejnej rundy. Śląsk został totalnie skrytykowany już po porażce domowej z Buducnost, tak, że po 0:3 z Helsinborgiem autorom zabrakło epitetów by opisał rozczarowanie. Śląsk jest bez formy. Nowy, słabszy zespół nie ma wiele do zaoferowania prócz Kelemena w bramce. Eksperymentalna obrona, schematyczny Mila w pomocy, który potwierdza zasadność nieobecności podczas EURO,  zagubieni Kaźmierczak z Elsnerem no beznadzieja w ataku. Jedyne jasne punkciki w ofensywie (Patejuk, Sobota) grywają mało i szybko dostosowują się do przeciętności. Wreszcie same roszady w składzie Lenczyka (Kaźmierczak stoperem w Helsinborgu), który słabą dyspozycję w pucharach tłumaczy zmęczeniem zawodników... Co dalej? Paradoksalnie Śląsk może najdłużej pobawić w europejskich pucharach. Ba, ze świecą szukać klubu w Europie, który po raz drugi z rzędu wygrywając zaledwie jeden mecz zagra aż 6 meczy!
LEGIA WARSZAWA
Najbardziej medialny klub w kraju, bo stołeczny.  Nowy trener Jan Urban musiał pogodzić się jedynie ze stratą ofensywnych stranieri, którzy zawiedli/nie dostali szansy u trenera Skorży (Novo, Hubnik, Blanco). Z wypożyczeń wrócili młodzi, wśród których rewelacyjnie poczyna sobie Jakub Kosecki. Do tego doszedł weteran Marek Saganowski i Słoweniec Marko Šuler, który póki co wyróżnia się kiksami. Gładkie 5:1 z Metalurgsem Lipawa nieco zamgliło obraz Legii, która popełnia proste błędy w obronie. Michał Żewłakow popełnił w pucharowych meczach tyle błędów co przez całą reprezentacyjną przygodę! Mimo tego media nie są na tyle odważne by wytknąć nie najlepszą dyspozycję "Żewłaka" skupiając się na kolejnym karnym sprokurowanym przez Wawrzyniaka (akurat w Austrii moim zdaniem ręka była nastrzelona) czy dalej
Daniel Ljuboja miał udział we wszystkich golach z Ried
krytykować Šulera. Żewłakow to kapitan zespołu, medialna postać, ponad sto występów w kadrze, więc jak się wykreowano go na ikonę to ikony nie należy krytykować. Ale już problem Urbana. Kłopoty w II linii ma rozwiązać 20-letni Paragwajczyk Jorge Salinas pozyskany ze słowackiego Trencina. On dopiero z formą ma trafić na ligę.....Odpadnięcie z LE to kolejna porażka finansowa, w klubie założyli, że zespół powtórzy awans do fazy grupowej co przełoży się na pieniądze z UEFA. Sporo w ub.sezonie zarobiono na biletach, ale teraz ponownie odżył konflikt na linii kibice-zarząd z powodu zakazu zaprezentowania oprawy nt. Powstania Warszawskiego. Największych krytykantów "kiboli" już bolała sielankowa, piknikowa atmosfera podczas sparingu z Dortmundem, ale co zrobili by zmienić sytuację? Dwumecz z przeciętną austriacką drużyną dostarczył sporo nerwów zwłaszcza w końcówce. Jak się okazało najlepiej zaprezentowali się najbardziej doświadczeni Ljuboja-Saganowski-Radović. Czy to starczy by awansować do fazy grupowej?

RUCH CHORZÓW
Organizacyjnie - czytaj kadrowo, Ruch najpoważniej podszedł z kwartetu pucharowiczów do tematu transferu. Nie udało się zatrzymać Grodzickiego ani wypożyczonego z Wisły Burligi, pożegnano drogiego w utrzymaniu Abbotta oraz coraz starszego Grzyba. Po stronie zysków należy zaliczyć powrót Sadloka z Polonii Warszawa, któremu towarzyszy Pavel Šultes, w pomocy grać będzie litewski kadrowicz Panka z Widzewa, a do ataku kandyduje Grzegorz Kuświk z GKS Bełchatów, którego swego czasu F.Smuda widział oczami wyobraźni w kadrze. Transferem last minute jest angaż ekslechity Marcina Kikuta. Niebiescy mają za to problem ze stadionem, na który w tej fazie pucharowej może wejść jedynie 4 000 widzów. Pierwsza przeszkoda Metalurg Skopje została pokonana bez przeszkód, ale już Czesi z Pilzna pokazali chorzowianom na czym polega różnica w nowoczesnym futbolu. Koszmarne błędy Viktoria wykorzystała przy Cichej bezlitośnie. U nas nie robi się tragedii z braku nawiązania równorzędnej rywalizacji, nie szuka się przyczyn niepowodzenia, próby znalezienia antidotum - u nas patrzy się na kasę, a tutaj od razu wypomina się skromny budżet ekipy z Pilzna, niskie zarobki tamtejszych gwiazd. Może w końcu zacząć brać przykład z sąsiadów z południa? Wszak na EURO grali Limbersky, Kolar, Rajtoral, Darida, a z Ruchu nikt. Zresztą po raz kolejny lekceważy się u nas futbol w Czechach, tak było w czerwcu tak jest i teraz. Rewanż w Pilźnie nie mógł przynieść sukcesu - w ubiegłym sezonie, kiedy to Viktoria grała w LM u siebie przegrała jeden mecz  - z FC Barceloną, nie potrafił wygrać tam nawet AC Milan. Przyniósł za to manitę - 0:5, choć mogło być o wiele gorzej. Oby bolesne lanie w pucharach było nauczką i jednocześnie dało bodziec do chęci rehabilitacji za rok.
LECH POZNAŃ
Pechowiec tegorocznej edycji pucharów, bowiem Kolejorz musiał zaliczyć w pierwszych rundach najdalsze wyjazdy, a raczej wyloty do krajów już azjatyckich. Po odpadnięciu z rywalizacji bilans finansowy wyjdzie ujemny. Ale czy Lech zrobił wszystko by być lepszym od AIK Sztokholm? Kadra została znacznie osłabiona. Obronę opuścili: kadrowicz Wojtkowiak (TSV Monachium, właśnie w debiucie gola strzelił), Kikut (jego zmiennik na prawej obronie, koniec kontraktu, trafił do Ruchu), środek pomocy zubożał o Stilića (Karpaty Lwów), Injaca (szuka klubu) i młodego Drygasa (Zawisza). No i wreszcie w ataku zabraknie króla strzelców Rudnieva (HSV). Trener Mariusz Rumak komentarzami swoich decyzji personalnych nie wzbudza zaufania. Najpierw skreśla wypożyczonych do innych klubów Wilka, Kiełba oraz najlepiej opłacanego Arboledy, ale w razie potrzeby bez mrugnięcia oka sięga po nich. Taktyka na mecz w Szwecji również wołała po pomstę do nieba, a to co robili obrońcy to "wielbłądy". Z transferów najszybciej zakontraktowano Trałkę (Polonia Warszawa) co spowodowało nieprzedłużenie umowy z Injacem. Węgier Gergo Lovrencsis strzelił gola w debiucie, a potem zgasł...Przypomina się tutaj sytuacja kiedy poznański zespół pożegnał Robert Lewandowski. Na jego następcę namaszczono Wichniarka, co nie spowodowało szybkie pożegnanie z LM, a sukcesy w LE to zasługa zatrudnionego nieco później Rundevsa (wtedy pisanego z "s"). Teraz siłą ataku ma być Ślusarski, który co prawda strzelił po półtora roku w końcu gola, ale snajperem z prawdziwego zdarzenia nigdy nie był. Teraz ściągnięto obrońcę Ceesaya z szwedzkiego Djurgardens i być może trafi jakiś napastnik z ligi holenderskiej.
W  Solnej jubilat Arboleda był jednym z najbardziej krytykowanych graczy Lecha
 Atmosfery przy Bułgarskiej kibice w innych miastach mogą pozazdrościć. Średnia w okolicach 20 tys. to jedna z najwyższych w pierwszych rundach eliminacji LE. Stadion we Wrocławiu wyglądał po tym względem ubogo, nie mówiąc już o pustawym obiekcie przy Cichej w Chorzowie. To nie tylko pora meczów (wakacje, urlopy), to również organizacja (w Chorzowie kilka tysięcy więcej mogło spokojnie oglądać mecze). Trener Rumak już wiosną w lidze sprawiał momentami oderwanego od rzeczywistości, teraz twierdził, że Kolejorz jest w stanie odrobić stratę z Solnej. Tylko za jego kadencji Lech nie potrafił wygrać tak wysoko w lidze. Zwycięstwo u siebie z AIK pozwoliło zachować twarz, zdobyć punkty dla Polski w klasyfikacji UEFA. Jednak na chwilę obecną trudno powiedzieć, że poznaniacy walczyć będą o mistrza, zwłaszcza, że wciąż nie ma następcy Rudnieva w ataku, a lider II linii Murawski coraz chętniej spogląda w stronę transferu do Turcji.