poniedziałek, 8 maja 2017

Uczyć się przepisów!

Ostatnimi czasy piłkarscy sędziowie nie mają dobrej prasy. Ich pomyłki są aż nadto widoczne, błędy napiętnowane przez trenerów, piłkarzy, dziennikarzy. Wystarczy przyjrzeć się wydarzeniom minionego weekendu na krajowym podwórku:
Lotto Ekstraklasa - Wisła Kraków - Lechia Gdańsk (0:1) - pretensje gospodarzy do Pawła Gila za pochopnie ukaranie 2 żółtymi kartkami Cywki oraz niepodyktowanie karnego, trener Ramirez wyrzucony na trybuny
Korona Kielce - Jagiellonia (1:1) - gol ze spalonego dla Korony, brak rzutu karnego dla gości i niewykluczenie obrońcy kielczan Kwietnia za brutalne wejście (tylko żółta kartka)
Górnik Łęczna - Wisła Płock (2:3) - niesłusznie podyktowany rzut karny dla gości (na 1:1), po meczu trener łęcznian Franciszek Smuda grzmiał: po naszym golu sędzia zrujnował nam całą grę.
Nice 1.liga - Miedź Legnica - Wisła Puławy (1:1) - trener Tarasiewicz ma pretensje do sędziego Lasyka za niepodyktowanie karnych po faulach na Rybickim i Michale Bartkowiaku. Muszę powiedzieć, że nie byliśmy w stanie wygrać, sędzia był innego zdania.
Bytovia - Zagłębie Sosnowiec (0:1) - miejscowi, którzy wciąż bez zwycięstwa w 2017 roku mają pretensje za nieuznaną bramkę Surdykowskiego i nieodgwizdanie faulu na Gonzalezie. Trener Stawski mówił: Po raz kolejny gramy przeciwko czternastu rywalom.
Mało?
Pomyłki sędziowskie są niejako wpisane w piłkarską rzeczywistość, oczywiście konsekwencje mają niebagatelne znaczenie, decydują o być albo nie być drużyn, czasem całych klubów. Arbitrzy stać mają na straży przestrzegania przepisów, nie zawsze im się to udaje, ale czasu, gdy robili to świadomie minęły bezpowrotnie.
O ile napiętnowanie błędów sędziowskich przez media ma ogólne przyzwolenie to co z nieznajomością przepisów przez tych, których bezpośrednio dotyczą? Nie chodzi o brak znajomości kruczków regulaminowych - tak jak to miało miejsce w ostatniej 30.kolejce ekstraklasy, kiedy to gol w Gdyni zdobyty przez Wisłę Płock zrobił nie tylko zamieszanie w obozie Lubina, Płocka i Kielc, ale wśród "znawców tematu" w mediach społecznościowych, a nawet dziennikarzy Canal +, którzy w ciągu kilkudziesięciu sekund skompromitowali się podając co rusz różne opcje związane z awansem do czołowej ósemki.
Historia rzutu karnego Radovića
[foto: legionisci.com]
W niedzielę w Szczecinie Legia bezproblemowo pokonała miejscową Pogoń 2:0. Przy jednobramkowym prowadzeniu, po faulu Davida Niepsuja na Dominiku Nagy'm nasz eksportowy arbiter Szymon Marciniak podyktował rzut karny dla mistrza Polski. Legioniści należą do drużyn, którzy najrzadziej wykonują jedenastki, a do piłki ustawionej 11 metrów przed Jakubem Słowikiem podszedł Miro Radović. Chciał zrobić to z przytupem, tak jak czyni to choćby Robert Lewandowski, który podbiegając do piłki zwalnia, sprytnie przeciąga chwilę uderzenia, przez co pierwszy ruch wykonuje bramkarz ułatwiając zadanie egzekutorowi. Legionista, w przeciwieństwie do RL9, zatrzymał się dopiero przed piłką, nie kontynuując dalej rozbiegu, zamach nad piłką, Słowik oczywiście odkrył swój lewy róg bramki, w który za chwilę została posłana futbolówka. Gol? Nic z tego, zgodnie z duchem obecnie obowiązujących przepisów sędzia odgwizdał niesportowe zachowanie wykonawcy rzutu karnego, pokazał mu żółtą kartkę, a grę nakazał wznowić rzutem wolnym pośrednim. Wszystko tak jak obowiązuje od ładnych kilku miesięcy, o czym przypominali sędziowie i co niektórzy dziennikarze.
Zdziwiony Radović jednym słowem ośmieszył się brakiem znajomości przepisów. W pomeczowej wypowiedzi sam się do tego jeszcze przyznał, bowiem liczył na powtórkę karnego. Co ciekawe telewizyjne kamery były bezlitosne dla sztabu szkoleniowego Legii, którzy długo nie mogli zrozumieć decyzji arbitra dopytując się o co chodzi. Uśmiechy Magiery, Vukovića trudno zinterpretować jako dobrą minę do złej gry.
Dziennikarzom również mogli by poczytać dokładnie przepisy gry. Reporter katowickiego Sportu enigmatycznie całe zdarzenie opisał, że zostało to potraktowane jako boiskowe wykroczenie. Czy tak samo zostałoby opisane np. wybicie piłki ręką z pustej bramki? Przepisy są jasne, klarownie to wyjaśnił tuż po meczu telewizyjny sędziowski ekspert Sławomir Stempniewski. Nawet takie kuriozalne sytuacje się zdarzają w najwyższej klasie rozgrywkowej.
O tym karnym jutro, za dwa, trzy dni nikt nie będzie pamiętał. Ale gdyby ten stały fragment gry decydował o mistrzostwie, awansie dajmy na to do Ligi Mistrzów i Radović podobnie by się ośmieszył - jaki byłby odzew? Legia ma już nauczkę z dwumeczu z Celtikiem, bowiem gdyby Vrdoljak wykorzystał choćby jeden z dwóch niewykorzystanych przez niego karnych, to nawet walkower w Glasgow nie przeszkodziłby w awansie.
Jeśli piętnuje się - i słusznie - sędziów za błędy, to czemu piłkarze, trenerzy nie są upominani przez dziennikarzy za nieznajomość przepisów gry? Upraszczając maksymalnie - to jakby kierowca taksówki nie znał przepisów jazdy.

niedziela, 7 maja 2017

Polak wśród nominowanych do Golden Boy

Blisko trzy lata temu polska prasa sportowa spekulowała o szansach Arkadiusza Milika w prestiżowym plebiscycie na najlepszego piłkarza młodego pokolenia Golden Boy. Wyboru dokonują dziennikarze, ale wówczas strona internetowa organizatora plebiscytu, czyli włoskiego Tuttosport zorganizowała glosowanie internautów. Zmobilizowani Polacy wywindowali ówczesnego napastnika Ajaksu Amsterdam na drugie miejsce, tuż za Raheem'em Sterlingiem. Nie miało to jednak wpływu na końcowy rezultat, bowiem za Anglikiem dziennikarze widzieli Divocka Origi i Marquinhosa.
Dawid Kownacki
Biorąc pod uwagę listę zwycięzców, gdzie znajdziemy nazwiska m.in. Messiego, Aguero, czy Rooneya, sama nominacja musi robić wrażenie. W tym roku dziennikarze podali nazwiska aż 98 młodych piłkarzy, wśród których znalazł się polski napastnik Dawid Kownacki. Piłkarz Lecha Poznań debiutował w ekstraklasie w Mikołajki 2013 roku w meczu z Wisłą Kraków (2:0), w swoim trzecim meczu 3 tygodnie przed 17 urodzinami zdobywa swoją pierwszą ligową bramkę, w spotkaniu z Pogonią w Szczecinie, gdy obecny partner w ataku Marcin Robak strzelił 5 goli (1:5).  Mistrz Polski 2015, dwukrotny zdobywca Superpucharu Polski, reprezentant Polski od 2011 od kadry U-15 aż do U-21, z którą przygotowuje się do nadchodzącego EURO na rodzimych boiskach. W lidze 88 meczów - 21 goli, w europejskich pucharach 8 meczów - 2 gole. Dorobek z jednej strony niezbyt bogaty, ale biorąc pod uwagę, że ma dopiero 20 lat dający nadzieję, że Polska będzie miała z popularnego Kownasia sporo pociechy. Był okres, że Dawid miał złą prasę, nie chodzi tu o zachowanie spowodowane wodą sodową, ale i słabą grą. Zdarzyło się, że był nawet zsyłany do trzecioligowych rezerw, jednak pod okiem obecnego trenera Kolejorza Nenada Bjelicy znakomicie odbudował się, stając się jednocześnie kluczowym zawodnikiem Lecha. 9 goli w lidze, powołania do kadry młodzieżowej, gdzie w trzech kolejnych meczach (z Czarnogórą 6:0, Niemcami 1:0 i Wlochami 1:2) wpisywał się na listę strzelców. Na chwilę obecną trudno wyobrazić sobie drużynę Marcina Dorny bez Kownackiego.
Lista nominowanych do Golden Boy 2017 [foto:zzapolowy.pl]
Oczywiście krytycy talentu Dawida przypomną, że w ostatnim przegranym kwietniowym meczu z Legią (1:2) został całkowicie zdominowany przez stołecznych defensorów, że zawiódł w finale Pucharu Polski, gdzie był obserwowany przez skautów angielskich potentatów. Brzmi to z lekka sensacyjnie, że Polaka grającego w lidze polskiej obserwuje Chelsea, Arsenal czy Leicester, ale to zasługa m.in. marki Roberta Lewandowskiego, który do Dortmundu wyjechał właśnie z obecnego klubu Kownackiego.
Biorąc pod uwagę listę blisko setki graczy młodego pokolenia to nie ma co się oszukiwać, że Polak znajdzie się w czołówce. Jedyna szansa to w głosowaniu internautów, które ostatnio dało nagrodę Kamilowi Grosickiemu w Anglii. Wśród nominowanych jest ubiegłoroczny triumfator Renato Sanchez (Bayern), znakomity bramkarz Milanu Gianluigi Donnarumma czy rewelacja Ligi Mistrzów Kylian Mbappe z AS Monaco.


Lider niestraszny

Górnikowi Wałbrzych tak się ułożył terminarz, że wiosną gości u siebie drużyny z dolnej części tabeli, a wyjeżdża do zespołów uchodzących za faworytów III grupy 3.ligi. O ile domowe mecze nie wychodzą biało-niebieskim to ostatnie w delegacji przyniosły sukcesy, które na nic nie zdadzą się w przypadku degradacji. Po cennym remisie w Brzegu tym razem piłkarze Roberta Bubnowicza wywieźli punkt z Jastrzębia Zdroju.
W trakcie sezonu GKS 1962 tylko przez 7 kolejek nie zasiadał na fotelu lidera, dodatkowo podbijając piłkarski kraj rewelacyjnymi wynikami w Pucharze Polski, które doprowadziły go aż do czołowej ósemki. W tej rundzie kibice jastrzębian powoli wykazują niecierpliwość, przez rozpieszczenie jesiennymi sukcesami. U siebie GKS rozpoczął od szalonego meczu z KS Polkowice - najpierw niewykorzystany rzut karny, od 0:3 pogoń zakończona remisem 3:3 i niewykorzystane szanse w doliczonym czasie gry. po ograniu na wyjeździe Turzy przyszedł pogrom Olimpii Kowary aż 9:0. Niespodziewane remisy w Dzierżoniowie i u siebie ze Żmigrodem uspokoiła łatwa wygrana z rezerwami Śląska 2:0. Z kolei przyjazd wicelidera Ruchu Zdzieszowice zakończył się porażką 0:2, a humorów nie poprawił bezbramkowy remis w Zielonej Górze. Czteropunktowa przewaga nad Zdzichami mogła wprowadzić w obozie jastrzębian lekką nerwowość, którą miała uspokoić wygrana nad słabiutkim w tym sezonie Górnikiem.
Sam Wojciech Caniboł, najskuteczniejszy snajper ligi strzelił w tej kampanii 14 goli - zaledwie dwa mniej niż WSZYSCY piłkarze Górnika w całym sezonie. To świadczy jaka przepaść dzieli oba zespoły jeśli chodzi o skuteczność w ofensywie. Na szczęście dla wałbrzyszan trener Jarosław Skrobacz postanowił Caniboła posadzić na ławce rezerwowych.
Mecz ze stadionu przy ul. Harcerskiej można było śledzić na żywo dzięki transmisji portalu jasinfo24.pl. Kamery umiejscowione na trybunach pokazywały, oprócz wydarzeń boiskowych, sympatyczny trawiasty nasyp, a warto przypomnieć, że w 1992 roku ten obiekt gościł pierwsze reprezentacje Polski i Czech. Swoją drogą ciekawe kiedy wałbrzyscy kibice doczekają się takich materiałów (wywiadów, relacji, transmisji, foto, video) z meczów Górnika?
Trener Robert Bubnowicz nie mógł skorzystać z wykartkowanych Mateuszów: Sobiesierskiego i Krzymińskiego oraz kontuzjowanego Damiana Migalskiego. Po meczu w Brzegu poturbowany był Tytman,który usiadł na ławce rezerwowych. Do wyjściowej jedenastki wskoczył Kamil Młodziński,najbliżej bramki gospodarzy biegał Dominik Bronisławski, którego z kolei brakowało w drugiej linii.
Mecz zakończony wynikiem bezbramkowym, trzema kontuzjami piłkarzy GKS, 6 kartkami, w tym jednym wykluczeniem może sugerować nudną kopaninę, w której nie oszczędzano nóg, a arbiter nie panował nad wydarzeniami na boisku. Nic bardziej mylnego. Mimo braku bramek rekordowa w tym sezonie publiczność (wg miejscowych 1200 widzów) nie mogła się nudzić. Duża liczba widzów to efekt nie tylko chęci zobaczenia wygranej miejscowych, ale i przyjazd sympatyków gości, których wspomagali kibice z Tychów. Wałbrzyszanie grali bardzo uważnie w obronie, koncentrując się na likwidacji ataków GKS, a zagrożenie stwarzali głównie po indywidualnych akcjach Bronisławskiego, Sadowskiego czy Deca. Niestety, osamotnieni w swych poczynaniach, nie mogący liczyć na większe wsparcie najczęściej albo tracili piłkę, albo strzelali minimalnie niecelnie. Brak doświadczonego ofensywnego zawodnika było aż nadto widoczne.
W drugiej połowie gdy wydawało się, że w końcu jastrzębianie mocniej przycisną, to goście stworzyli najlepszą do tej pory sytuację meczu. Przepiękny strzał z ok.30 metrów Sebastiana Surmaja wylądował na poprzeczce bramki rywala, a o dobitce Bronisławskiego lepiej nie wspominać. Znów zawiódł Kamil Popowicz, którego zmienił Damian Bogacz, skromna ławka rezerwowych, bowiem znów meczowa kadra nie była w komplecie, ograniczała pole manewru. GKS nie miał w drugiej połowie pomysłu na sforsowanie szczelnej defensywy rywala, z kolei Górnik potrafił dość szybko przenieść piłkę na połowę rywala, ale brakowało dokładności i tzw. ostatniego podania. Ciekawostką była również kontuzja prowadzącego zawody jeleniogórskiego arbitra Mateusza Gałuszki. Zmienił go asystent, a mimo to pretensje miejscowych, narzekających na ostrą grę wałbrzyszan, nie milkły.
GKS 1962 - Górnik i piłka meczowa dla gości. Pudłuje
Denis Dec (nr 20). [foto: Jan Kalinowski]
W 84 minucie nie było żadnych wątpliwości co do wykluczenia Piotra Pacholskiego. Podanie w tempo do Bronisławskiego, którego tuż przed polem karnym ręką zatrzymał wspomniany defensor Jastrzębia. Kto wie czy bardziej cwany zawodnik na miejscu Deco nie postarałby się o coś więcej, np. rzut karny. Z wolnego przymierzył Marcin Morawski trafiając w słupek, a piłkę meczową miał Denis Dec. Wałbrzyszanin, do tej pory kojarzony ze zwycięskim golem z Olimpią Kowary w ostatniej minucie meczu, był aktywny w Jastrzębiu, mógł zostać bohaterem meczu również z liderem. Denis posłał jednak piłkę wysoko nad bramką...
Do końca meczu zostało 5 regulaminowych minut plus kolejne 6 ze względu na przerwy w grze i w tym czasie Górnik, zamiast próbować zaatakować mógł całkowicie stracić cały dotychczas wypracowany dorobek. Symptomem niedojrzałości była postawa Kamila Młodzińskiego - mając żółtą kartkę, zatrzymuje rywala rękami, na szczęście arbiter stosuje przywilej korzyści, nie gwiżdże faula, bowiem wtedy musiałby wyrzucić młodego pomocnika z boiska. Po tym jak boiskowy zegar pokazał 90 minutę gry jastrzębianie stworzyli sobie co najmniej trzy stuprocentowe szanse na zdobycie gola. Więcej niż podczas poprzednich 6 kwadransów gry. Grający w osłabieniu gospodarze zamknęli w doliczonym czasie gry biało-niebieskich w ich polu karnym. Wszelkie przebitki wygrywali piłkarze GKS, na całe szczęście piłka po uderzeniach Rudy czy Weisa albo mijała bramkę, albo bronił znakomicie Damian Jaroszewski. Popularny Jogi zaliczył dziesiąty mecz z czystym kontem. Emocjonująca końcówka meczu sprawiła, że po końcowym gwizdku sędziego można śmiało powiedzieć, że remis jest wynikiem sprawiedliwym. Oba zespoły miały swoje okazje i mogą mieć pewien niedosyt.
Po porażce drugiego Ruchu Zdzieszowice w Polkowicach lider z Jastrzębia zwiększył przewagę do 4 punktów, ale i tak kibice po końcowym gwizdku mieli sporo do powiedzenia swoim sympatykom. Punkt Górnika teoretycznie nie urządza, bo wciąż strata do bezpiecznego miejsca jest spora - 8 punktów, by wyprzedzić rezerwy Zabrza i 9 meczów. Z drugiej strony ten punkt może być bezcenny, gdy okaże się, że decydować będzie o utrzymaniu.
Coraz częściej kibice spoglądają na dolną część tabeli 2.ligi. Na 5 kolejek przed końcem układ jest wręcz wymarzony, bowiem w strefie spadkowej jest tylko jeden zespół (Polonia Bytom), który spadnie do grupy III. Ale trzeba pamiętać, że Rozwój Katowice ostatnią bezpieczną lokatę zawdzięcza jedynie tzw. małej tabeli pomiędzy nimi, Olimpią Zambrów i Stalą Stalowa Wola, a rybnicki ROW ma tylko dwa punkty więcej.
Malkontenci mogą zauważyć, że ostatnie cenne wyjazdowe punkty wałbrzyszan zbiegają się z trudniejszym okresem gry przeciwnika. Wygrana z Pniówkiem, który później wysoko u siebie przegrał ze Skrą (1:4) i BKS Stal (0:2), ale wygrać potrafił z kolei na boisku Rekordu i ostatnio w Zabrzu. Remis w Brzegu to jeden z serii aż 5 kolejnych podziałów punktu opolskiego beniaminka. Teraz trzeci mecz bez zwycięstwa i zdobytej bramki Jastrzębia. Stara piłkarska prawda głosi, że gra się tak jak przeciwnik pozwala - Górnik na wyjazdach gra konsekwentnie, uważnie w defensywie co na rywali grających otwartą piłkę, ofensywnie wystarczy. Poza tym boisko pokazuje, że Wałbrzych posiada zespół nie odstający od trzecioligowych standardów. Gorzej jednak wygląda zespół, gdy przyjdzie mecz przy Ratuszowej. Mocno okopany w obronie rywal czyhający na okazję do kontrataku okazuje się o wiele trudniejszą przeszkodą niż zespół z awansowymi ambicjami.

czwartek, 4 maja 2017

Marcin Wojtarowicz wrócił na boisko

Wydarzeniem 19.kolejki B klasy I grupy świdnickiej, w której grają wałbrzyskie zespoły było 6 bramek uzyskanych przez Wojciecha Błażyńskiego. Jego Górnik Nowe Miasto na wyjeździe zaaplikował rywalowi 10 bramek, ale zaledwie jedną mniej strzeliły również na wyjeździe rezerwy MKS Szczawno Zdrój. W zespole gości po przerwie pojawił się na boisku 39-letni Marcin Wojtarowicz i w ostatniej minucie ustalił wynik meczu na 9:3.
Dla młodszego z braci Wojtarowiczów był to pierwszy ligowy występ od jesieni 2011 roku. Pauza była spowodowana zarzutami korupcyjnymi, gdy grał w Górniku Polkowice. Kara 5 lat dyskwalifikacji była w jego przypadku dyskusyjna - trudno przypuszczać, że nowy zawodnik zespołu, przybyły z 4.ligi był jedną z głównych postaci procederu, który już w klubie trwał. Podobnie jak wielu innych zawodników stał się kozłem ofiarnym. Po odbyciu kary wrócił do gry, choć na pewno jest to już tylko forma zabawy z piłką.
Marcin Wojtarowicz uznawany był za bardziej utalentowanego od swego, o rok starszego brata Marka. W 1997 zaledwie kilka miesięcy po bracie Marcin zadebiutował w I drużynie seniorów Górnika Wałbrzych grającego w drugiej lidze. W tym historycznym, bo ostatnim rozgrywanym na tak wysokim poziomie przez wałbrzyską drużynę, sezonie zagrał osiem razy. Rok później zdobył awans do 3.ligi (26 meczów/ 3 gole), a w trzecim sezonie gry w seniorach zagrał 27 razy strzelając 2 gole. Dawał o sobie znać również jego krewki charakter, bowiem w ciągu dwóch sezonów aż trzykrotnie był wyrzucany z boiska.
W 2000 roku, gdy Górnik/Zagłębie coraz bardziej chylił się ku upadkowi Marcin jesienią (13/2 gole i 1 czerwona kartka) pomagał kolegom,ale szybko wyemigrował do Austrii. Po roku pojawił się przy Ratuszowej, ale już w zespole czwartoligowym i grającym mocno młodzieżowym składem. Podsumowaniem jego gry mogą być liczby - 11 meczów i 10 zdobytych bramek! Niestety, przed rundą wiosenną zespół wycofał się z rozgrywek, a Wojtarowicz przeniósł się do Łużyc Lubań. Półtora sezonu gry w Lubaniu to dorobek 41 bramek, co zostało zauważone w Polkowicach.
Epizod z ekstraklasą to - oprócz karbu korupcji - 26 meczów i 1 gol.
Latem 2004 wrócił do beniaminka 4.ligi Górnika/Zagłębia Wałbrzych, gdzie w 31 meczach strzelił 7 goli. W 2005 opuszcza Ratuszową kończąc z ogólnym bilansem 114 ligowych meczów, 24 bramek oraz 7 wykluczeń. Ostatni sezon gry w Górniku/Zagłębiu łączył z grą w SVg Purgstall, gdzie grał 2 lata. W latach 2005 - 2011 reprezentował barwy MKS Szczawno, z którym awansował i spadł z 4.ligi, natomiast wspomnianą, ostatnią rundę jesienną sezonu 2011/12 spędził w Olimpii Kamienna Góra. Kilka lat temu pomagał w roli trenera Jokerowi Jaczków,którego wprowadził do A klasy.
Wśród graczy, którzy grali w wałbrzyskim ligowcu na zapleczu ekstraklasy oprócz Marcina Wojtarowicza można jeszcze obserwować na ligowych boiskach takich piłkarzy jak:
Jarosław Borcoń (MKS II Szczawno Zdrój - B klasa), Sebastian i Sławomir Gorządowie (Pogoń Pieszyce - A klasa), Grzegorz Gruszka (Biały Orzeł Mieroszów - A klasa), Tomasz Resel (Płomyk Borówno - B klasa), Robert Rzeczycki (KS Walim - B klasa), Jarosław Solarz (Grom Witków - klasa okręgowa), Dariusz Zawalniak (Odra Kąty Opolskie - B klasa).

wtorek, 2 maja 2017

Wałbrzyska majówka z Messim

Dla Wałbrzycha popularna Majówka to okres szczególny, bowiem coroczny Festiwal Kwiatów i Sztuki to największe święto i atrakcja nie tylko dla wałbrzyszan, ale i turystów z całej Polski. O mieście mówi się w każdej telewizji, tysiące turystów odwiedza Książ i nawet rozczarowanie brakiem Złotego Pociągu jest mniejsze. Swoje atrakcje również oferuje Stara Kopalnia, ale i kibice piłki nożnej mogą spędzić czas na świeżym powietrzu. W ponad stutysięcznym mieście, gdy trzecioligowy Górnik gra wyjazdowy mecz wybór dla fana futbolu nie jest taki znów skromny. W sobotę przy Dąbrowskiego w A klasie Czarni w ostatnich 10 minutach odwrócili losy meczu z drużyną bliźniaków Gorządów, czyli Pogonią Pieszyce (2:1). W niedzielę z kolei na tym samym obiekcie ligę niżej grało Zagłębie Wałbrzych, na Podgórzu miejscowi piłkarze ograli Grom Panków 4:0, a Górnik Nowe Miasto zbliżył się do A klasy ogrywając Sokół Kostrza 4:2.
Paradoksalnie w niedzielnych meczach najmniej goli padło przy Dąbrowskiego, gdzie przyjechał outsider z Dobromierza.
Płomień Dobromierz w tym roku obchodzi 60-lecie, a w swojej historii grywał najwyżej w A klasie. Najbliżej awansu do klasy okręgowej był w 1992 roku, gdy awans do klasy okręgowej ze Skalnikiem Czarny Bór przegrał o jeden punkt, a rok później ze Stalą ŚFUP Świdnica o dwa.Później zespół zniknął z rozgrywek związkowych grywając jedynie w rywalizacji LZS. Po reaktywacji piłkarze z Dobromierza grają wciąż na szczeblu B klasy, która po reorganizacji stała się ósmym szczeblem rozgrywek. W sezonie 2016/17 drużyn z podokręgu wałbrzyskiego jest tak mało, że decyzją związku te wałbrzyskie niedobitki dołączyły do grupy świdnickiej, gdzie rywalizują w gronie 14 drużyn. Sprawa awansu zapewne rozstrzygnie się pomiędzy wspomnianym już Górnikiem Nowe Miasto, a niepokonaną Wierzbianką Wierzbna. O ile ta dwójka odskoczyła reszcie stawki to również duet drużyn wyraźnie odstaje. Mowa o Huraganie Olszany i wspomnianym Płomieniu. Oba zespoły w tym sezonie wygrali po jednym meczu - resztę przegrywając z kretesem. W bezpośrednim meczu Huragan ograł Dobromierz 2:1, a z kolei Płomień jedyne punkty zdobył po pokonaniu Grom Panków (4:1). Jeśli w 17 meczach traci się 80 goli, czyli średnio blisko 5 na mecz - to można było się spodziewać gradu bramek w niedzielnym meczu w Wałbrzychu.
Zagłębie Wałbrzych to piękna historia futbolu, również w wymiarze ogólnopolskim. Niestety, większość sympatyków żyje tylko i wyłącznie historią, a teraźniejszość to głównie dobra praca z najmłodszymi, której mogą pozazdrościć, choćby w Czarnych. Seniorzy Thoreza póki co są przeciętnym B-klasowcem, którego zmagania w ostatnią niedzielę kwietnia obserwowało ... kilkunastu widzów. Niektórych przyciągnął spacer z dzieckiem, niektórych degustacja przedpołudniowa płynów procentowych, nawet nazwa rywala stanowiła dla nich zagadkę. Zielono-czarni byli faworytem meczu i pewnie wygrali, choć apetyty były większe. Gospodarze nie mogli liczyć na kilku kluczowych zawodników, których z powodzeniem zastąpili juniorzy. Największym potencjałem był duet pomocników Paweł Nyklasz - Łukasz Wojciechowski, który robił różnicę w środku pola. Niestety, brakowało dokładności im bliżej pola karnego rywala stąd skromny dorobek bramek. Piłkarze z Dobromierza na pewno ustępowali walorami piłkarskimi, szybkością, ale nadrabiali przede wszystkim ambicją. Wałbrzyszanie długo nie potrafili znaleźć recepty na bramkarza, aż w końcu on sam popełnił wielbłąd przy dalekim przerzucie, minął się z futbolówką i Jakub Fijałkowski nie miał problemów z ulokowaniem jej w pustej bramki. Z kolei trafienia nr 2 autorstwa Wojciechowskiego z ponad 30 metrów i nr 3 kiedy to piłka po uderzeniu Marka Góreckiego odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki były godne kamery filmowej. Ten drugi pojawił się po przerwie i ciekawostką jest fakt, że trener Zagłębia Marek Carewicz desygnował go do gry na lewej stronie, choć zawodnik operuje ... jedynie prawą.
W Płomieniu najgłośniejszy był duet napastników, gdzie wciąż bryluje Mieczysław Bucki - uwaga rocznik 1966, ale mogący pochwalić się 4 trafieniami w tym sezonie.  Oczywiście wiele w jego postawie jest gwiazdorzenia, pretensji, że piłka podana za silnie, za lekko, co partnerzy grają.  Partnerem był Buckiego był Krzysztof Andrzejewski - rocznik 1978, więc łatwo policzyć, że atak dobromierzan liczył łącznie 90 lat! Również doświadczony 37-letni bramkarz Tomasz Wierzbicki, mimo puszczonego farfocla w ciągu meczu 4-5 razy uchronił swój zespół naprawdę udanymi interwencjami.
W drugiej połowie w zielono-czarnej koszulce oglądać można było ... Messiego, bowiem takim pseudonimem może się pochwalić Mateusz Bukina. Niestety, umiejętnościami to nie zapracował sobie na tak oryginalną ksywkę.
W Wałbrzychu mamy niestety, dysproporcje futbolową. Jest trzecia liga, a potem przepaść i dopiero A klasa, B klasa. O czasach gdzie choćby Czarni byli mocnym czwartoligowcem, a Koksochemia w czubie tabeli klasy okręgowej można tylko powspominać. Tak jak o czasach świetności Zagłębia.

Remis w Brzegu

Jeśli chodzi o wyniki w trzeciej lidze w tym sezonie wałbrzyski Górnik ponownie pokazał swoje drugie oblicze - po marnym wizerunku i porażce u siebie, sukces wyjazdowy. Mecz w Brzegu zakończył się niespodziewanym remisem, z czego zadowoleni mogą tylko goście. 
Bronisławski,Dec i Sadowski - młodzieżowe ofensywne trio
Górnika Wałbrzych
[foto:stalbrzeg.pl]
Robert Bubnowicz zdecydował się na kilka korekt w składzie - stąd obecność na ławce Sebastiana Surmaja i Pawła Tobiasza. W trakcie meczu okazało się, że urazy wykluczyły spowodowały kolejne zmiany, bowiem przedwcześnie murawę opuścić musieli Michał Tytman i Damian Migalski. Od początku z kolei zagrał Denis Dec, który początek rundy wiosennej spędził za granicą. W drugim z kolei wyjazdowym meczu na listę strzelców wpisał się Dominik Bronisławski. Jego bramka z Pawłowic uznana została za jedną z najładniejszych w niższych klasach rozgrywkowych dwa tygodnie temu, a i trafienie w meczu ze Stalą również należało do efektownych. Wałbrzyskiego pomocnika nie potrafiło powstrzymać dwóch rywali i po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów populary Deco otworzył wynik. Stal, która wiosną u siebie jeszcze nie wygrała, a na wyjazdach zdobyła 10 punktów w 4 delegacjach, posiadała przez zdecydowaną większość meczu przewagę, ale uważnie grająca defensywa nie dopuszczała do wielu sytuacji. Poprawnie bronił Jaroszewski, raz w sukurs przyszedł mu słupek, a jedyny gol dla brzeżan po kuriozalnej wręcz sytuacji. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Marcina Nowackiego kiksuje Kamil Popowicz, który nie trafia w piłkę, w dodatku ratując sytuację fauluje Dawida Lipińskiego. Sędzia nie zdążył odgwizdać "jedenastki", bowiem do piłki dopadł Łukasz Żegleń, który podobnie jak w jesiennym meczu obu drużyn przy Ratuszowej, zdobył bramkę dla opolskiego beniaminka.
Jak podają lokalne media mecz w wykonaniu gospodarzy mógł się podobać, wałbrzyszanie również mieli swoje okazje. Gra na czas, częste faule spowodowały, że trenerowi Bubnowiczowi znów zmniejszy się wachlarz nazwisk, z których będzie mógł skorzystać w najbliższym meczu. Czwarte napomnienia w tym sezonie bowiem zobaczyli Mateuszowie Krzymiński i Sobiesierski.
Maj będzie decydującym miesiącem dla przyszłości wałbrzyszan. Rozegrają oni maraton 7 meczów. O ile termin 03.05. mają wolny to później czekają ich następujące pojedynki:
06.05. (sobota) - Jastrzębie Zdrój - mecz z liderem (26.kolejka)
10.05. (środa) - Lubawka - finał PP OZPN Wałbrzych z Victorią Tuszyn
13.05. (sobota) - Wałbrzych - mecz z Miedzią II (27.kolejka)
17.05. (środa) - Wałbrzych - mecz z Unią Turza Śląska (awansem 29.kolejka)
20.05. (sobota) - Polkowice - mecz z KS (28.kolejka)
24.05. (środa) - Oława - mecz ze Ślęzą (zaległy z 25.kolejki)
31.05. (środa) - Kowary - mecz z Olimpią (30.kolejka).
Biorąc pod uwagę ligowe wyniki rundy wiosennej to można spekulować, że Górnik może zdobyć kilkanaście punktów, jak i również pogrzebać szanse na utrzymanie. GKS Jastrzębie mimo nieskrywania drugoligowych ambicji również traci punkty jak w Dzierżoniowie czy ostatnio u siebie z Ruchem. Poza tym wałbrzyszanie już jesienią nie przestraszyli się lidera remisując u siebie 0:0. Rezerwy Miedzi to najlepsza drużyna wiosny - w 7 meczach 5 zwycięstw, a porażka to walkower za Polkowice. Bramkarz Piotr Smołuch już trzykrotnie wiosną obronił rzuty karne. Unia z kolei będzie walczyć o życie, drużyna Pawlusińskiego i Hanzela przełamała się również na wyjazdach, choć ostatni rollercoaster z Lechią Dzierżoniów (3:4) pokazuje, że jest to drużyna do ogrania. Derbowe pojedynki wyjazdowe z Polkowicami i Ślęzą mogą różnie się zakończyć, a inny wynik niż wygrana w Kowarach będzie sporym rozczarowaniem. Tylko czy Górnik poradzi sobie z presją lub rolą faworyta?

poniedziałek, 1 maja 2017

Będą trzy awanse?

Druga liga osiągnęła półmetek wiosennych zmagań, Sytuacja w tabeli obecnie wytworzyła się tak, że na 6 kolejek przed końcem rozgrywek pierwsze trzy pozycje zajmują drużyny, w których kluczowe role odgrywają byli zawodnicy Górnika Wałbrzych. Przewaga duetu Odra Opole - Raków Częstochowa jest na tyle bezpieczna, wynosząca na dzień dzisiejszy 11-12 punktów nad czwartym Radomiakiem, że naprawdę prawdziwy kataklizm musiałby uniemożliwić którejś z drużyn promocję na zaplecze ekstraklasy.
W Częstochowie dość szybko opanowano kryzys i popularne Medaliki bez problemów wróciły na zwycięski szlak, a poza tym zaczęło się uśmiechać do nich niezbędne w sporcie szczęście. W trzech kwietniowych domowych meczach Raków zdobywał bramki w doliczonym czasie gry, co w dwóch przypadkach były to decydujące o zwycięstwie trafienia. Oczywiście nie zmieniła się rola w zespole Rafała Figla - kapitana i lidera zespołu, uznawanego za jednego z najlepszych zawodników w całej lidze. O pechu z kolei może mówić Kamil Czapla, który wiosną zadebiutował w drugiej lidze, zagrał dwa razy - oba mecze drużyna prowadzona przez Marka Papszuna przegrała. Sztab szkoleniowy dokonał kilku drobnych korekt w składzie i Raków od tamtej pory zaliczył 5 zwycięstw i dwa remisy. Wśród zmian personalnych była również obsada bramki, więc Kamilowi pozostaje dopingowanie Mateusza Lisa i kolegów z perspektywy ławki rezerwowych.
O ile dla Rakowa obecna kampania jest kolejną próbą zawojowania drugiej ligi, to beniaminek z Opola śmiało zasługuje na miano rewelacji rozgrywek. Drużyna, której kapitanem jest wałbrzyszanin Tomasz Wepa, miała lekką zadyszkę na przełomie marca i kwietnia, kiedy przytrafiła się jedyna wiosną porażka 0:1 w Wejherowie oraz niespodziewany remis u siebie z Legionovią. Odra w kwietniu grała wręcz popisowo, a mecze z jej udziałem były znakomitą reklamą drugiej ligi. 6:0 w Rybniku - w obecnym sezonie nikt wyżej nie wygrał na wyjeździe, 4:3 z równie rewelacyjną Siarką u siebie i wreszcie 2:1 w Radomiu w meczu na szczycie z Radomiakiem, który był transmitowany w TVP3. Również ostatni domowy pojedynek zremisowany z trzecią Puszczą 1:1 dostarczył wiele emocji, bowiem bramki padły dopiero w ostatnich 5-6 minutach gry. Trenerowi Furlepie trzeba oddać, że znakomicie przygotował zespół uzupełniając zimą o niechcianych w wyższych ligach snajpera Skrzypczaka (6 goli wiosną), Nowaka czy Wodeckiego. Przed Odrą co prawda wyjazd w przedostatniej kolejce do Częstochowy, ale mając taki zapas punktów, a także perspektywę jeszcze goszczenia obecnie najsłabszych w lidze zespołów, można śmiało obstawiać, że te spotkanie będzie jedynie miało charakter prestiżowy, a nie decydujący bezpośrednio o awansie.
Dominik Radziemski  mecze Puszczy głównie śledzi
z trybun.
Najlepiej grającą drużyną wiosny w drugiej lidze jest niepołomicka Puszcza, która jesienią zdobyła wiele sympatii awansując do ćwierćfinału Pucharu Polski. Podopieczni Tomasza Tułacza wiosną przegrali jeden mecz - niezwykle pechowo w Częstochowie 1:2 po bramce w ... 95 minucie. Wśród 13 ligowych trafień dwa są autorstwa Marcina Orłowskiego. Były kapitan Górnika Wałbrzych oraz król strzelców 3.ligi skuteczności może pozazdrościć choćby Bartoszowi Żurkowi, który bramek w tej rundzie ma dwa razy więcej od niego. Ale Orzeł zbiera na ogół pochlebne recenzje za grę, do której przyzwyczaił również pod Chełmcem - znakomita gra tyłem do bramki, zgrywanie piłek do boku - o tym między innymi pisano i mówiono choćby w ostatnim meczu z Odrą w Opolu.
O wiele gorsze humory towarzyszą Dominikowi Radziemskiemu, który w 2017 roku nie pojawił się na boisku nawet na minutę. Co więcej, zaledwie raz znalazł się w meczowej kadrze. Biorąc pod uwagę, że niepołomiczanie nie posiadają drużyny rezerw i trudno utrzymać formę meczową, nie mogą dziwić spekulacje redaktora Bogdana Skiby o ewentualnym zainteresowaniu Górnika Wałbrzych Radziemskim.
Puszcza wskoczyła do zielonej awansowej trójki nie tylko skrzętnie gromadząc punkty, ale i wykorzystała niespodziewaną niemoc Radomiaka, któremu póki co nie pomogła zmiana szkoleniowca - Vernera Lićkę zastąpił Robert Podoliński. Obecnie radomianie nie tylko muszą nadrobić już 4 oczka do Puszczy, ale uważać, by z barażowego miejsca nie zepchnęła ich Siarka Tarnobrzeg - bezsprzeczny lider Systemu Junior Pro.
W tabeli wiosny wysokie miejsce (trzecie) zajmuje Olimpia Elbląg, której kapitanuje kolejny wałbrzyszanin Dawid Kubowicz. Elblążanie w 2017 roku pokonali wyjazdowe fatum wygrywając pierwsze mecze - co ciekawe w obu przypadkach na listę strzelców wpisał się właśnie Kubowicz. Olimpia dzięki znakomitym wynikom może włączyć się nawet do walki o baraże o 1.ligę - dziś na miejscu szóstym, ale do czwartego Radomiaka 4 punkty straty.
Jednym z większych rozczarowań całych rozgrywek jest postawa Polonii Warszawa. Beniaminek wiosną zamiast piąć się w górę tabeli szybko zjechał do strefy spadkowej, w mediach pojawiły się krytyczne artykuły dotyczące zarządzania klubem. Zmieniono trenera, ale Wojciech Szymanek dopiero do piątku czekał na pierwsze zwycięstwo. Po 7 meczach bez zwycięstwa Czarne Koszule niespodziewanie ograli Radomiaka aż 4:1. Cichym bohaterem meczu okazał się ... wałbrzyszanin Michał Oświęcimka. Cimek zimą długo leczył kontuzję, pierwsze dwa mecze  wiosenne zaliczył w roli zmiennika, a potem ponownie się leczył. Powrót do zdrowia Michała to jego powrót nie tylko do meczowej kadry, ale i gra od pierwszego gwizdka sędziego. Zwycięstwo Polonii, a kibice wybrali, nie po raz pierwszy w tym sezonie, Oświęcimkę zawodnikiem meczu. Polonia obecnie ma 4 punkty do bezpiecznej strefy, a jego sympatycy z Wałbrzycha mają rozdarte serca. Ewentualne utrzymanie stołecznej drużyny kosztem zespołu z Górnego Śląska może spowodować degradację jego kolegów z Górnika z 3.ligi.
Najgorszą ekipą 2017 roku jest Kotwica Kołobrzeg, która po zimowych transferach była postrzegana jako ekipa, która skutecznie powalczy o utrzymanie. Jedno zwycięstwo i jeden remis w 9 meczach to tragiczny dorobek zespołu, gdzie od tej rundy występuje Bartosz Biel. Skrzydłowy rodem z Wałbrzycha strzelił do tej pory jedną bramkę, ale należy do podstawowych zawodników przedostatniej drużyny 2.ligi. Bardzo gorzko będzie wspominał Bartek sobotni mecz z Olimpią Zambrów. W drużynie z Podlasia Biel grał jesienią, gdzie zbierał bardzo pozytywne recenzje. Do sobotniej konfrontacji oba zespoły zdobyły 4 punkty w tej rundzie - mecz w Kołobrzegu miał być przełomowym dla Kotwicy, tymczasem Olimpia wygrywa 2:1, Bartosz nie dość, że nie strzelił bramki, został zmieniony przed końcem meczu - zobaczył żółtą kartkę. Na 6 meczów przed końcem Kotwica ma 8 punktów straty do bezpiecznej strefy, ale niestety, nie widać symptomów, by kołobrzeżanie skutecznie zaczęli walkę o utrzymanie.