czwartek, 28 kwietnia 2016

Ślęza pokonana

Grzegorz Kowalski po prostu musi dobrze wspominać swoją pracę w Wałbrzychu w sezonie 1997/98. 34-letni wówczas trener miał za sobą pracę w roli I szkoleniowca Sparty Ziębice i Ślęzy Wrocław, a także epizod w roli asystenta Bogusława Wilka w Śląsku, więc oferta z drugoligowego wtedy Klubu Piłkarskiego Wałbrzych była ogromną szansą dla niego, a zarazem wielkim ryzykiem dla klubu. Mariaż był jednak udany dla obu stron - drużyna zanotowała najlepszy sezon od wielu lat i jak do tej pory w Wałbrzychu nie oglądano ani gry na zapleczu ekstraklasy, ani podobnych do uzyskiwanych wtedy wyników. Kowalski z kolei wypromował się, otrzymał ofertę z wrocławskiego Śląska i generalnie wskoczył na dobre na trenerską karuzelę. Prowadził zespoły z Dolnego Śląska, Lubuskiego i Opolskiego. Do największych osiągnięć może zapisać przede wszystkim awanse do drugiej ligi (obecnie pierwszej) z Polarem Wrocław, GKP Gorzów i MKS Kluczbork. Z tego ostatniego klubu namówił do przeprowadzki do Śląska Waldemara Sobotę, który później świętował mistrzostwo kraju oraz debiut w kadrze. Cień na jego pracę rzuca zarzuty korupcyjne, zwłaszcza te udowodnione za kadencji w Śląsku. Kowalski wziął winę na siebie, ale nikt nie wierzy, że z własnych oszczędności korumpował innych dla dobra klubu. Mimo grzechów przeszłości uznawany jest w środowisku za jednego z najlepszych fachowców w regionie, czego dowodem jest powierzenie mu roli trenera kadry Dolnego Śląska na Regions Cup.
Ostatni raz Grzegorz Kowalski w roli trenera pojawił się na Stadionie 1000-lecia w maju 2001 kiedy to w III lidze Górnik/Zagłębie podejmował prowadzony przez niego Inkopax. Goście mający w składzie m.in. Krzysztofa Ostrowskiego (dziś Śląsk) czy Michała Wróbla (dziś Foto-Higiena) ograli gospodarzy 4:1 m.in. po błędach Damiana Jaroszewskiego, co było początkiem upadku wałbrzyskiego zespołu, który z 12. osunął się ostatecznie na spadkowe 16.miejsce. Obecnie po raz kolejny prowadzi Ślęzę Wrocław. Nową erę zaczął od marca 2012, kiedy to wygrał z zespołem rozgrywki IV ligi, by jako beniaminek zakończyć sezon 2012/13 na drugim miejscu za plecami UKP Zielona Góra, w którym grał m.in. Bartosz Tyktor. Rok później Ślęza nie miała już równych sobie w III lidze, ale w barażach o II ligę lepszy okazał się Ursus Warszawa (0:1,1:1 po dogrywce). W minionym sezonie było nieco gorzej, bowiem dopiero szósta lokata. W bieżącym sezonie Kowalski opuścił Ślęzę na chwilowy romans z ekstraklasowym Śląskiem, gdzie najpierw był asystentem trenera Tadeusza Pawłowskiego, którego zluzował na jeden mecz, by opuścić drużynę po przyjściu Romualda Szukiełowicza. Wrocławska Ślęza gra z kolei w tym sezonie nad wyraz solidnie, mając tyle samo porażek co lider z Wałbrzycha, czyli cztery. Połowa z nich to przegrane właśnie z Górnikiem, ponadto Ślęzę ograły rezerwy Miedzi oraz Karkonosze (po 2:1).
Przyjeżdżając do Wałbrzycha Grzegorz Kowalski spotkał te same twarze kierownika drużyny Czesława Zaparta i masażysty Janusza Wodzyńskiego. Czytając pewnie protokół meczowy szkoleniowiec Ślęzy mógł wspomnieć, że ojców Dominika Radziemskiego i Mateusza Krawca prowadził podczas pracy pod Chełmcem.
Ślęza przed meczem z Górnikiem otwierała tabelę biorąc pod uwagę ligowe wyniki w 2016 roku. Wałbrzyszanie z kolei nie dość, że nie mogli liczyć na Migalskiego, Morawskiego, Krawca, nie wspominając o Oświęcimce, to po raz ostatni jako zwycięzcy z murawy Stadionu 1000-lecia schodzili w listopadzie ubiegłego roku (2:1 z Piastem Karnin). Zapowiadał się ciekawy mecz, ale większość obserwatorów raczej zawiodła się poziomem spotkania.
Grzegorz Kowalski obserwuje walkę A.Miazgowskiego
z D.Michalakiem
[foto: Jacek Zych/dziennik.walbrzych.pl]
Ślęza miała pomysł na Górnika i wydawało się momentami, że może jej się udać. Przetrzymywanie i rozgrywanie piłki na połowie rywala, szukanie luki w defensywie lidera i liczenie na skuteczność Grzegorza Rajtera miało przynieść sukces przy Ratuszowej. Niestety dla gości Rajter był niewidoczny i szybko zresztą został ukarany żółtą kartką za próbę wymuszenia karnego. Gospodarze łatwo sobie radzili z atakami przeciwników sami jednocześnie stwarzając sobie sytuacje podbramkowe. Już do przerwy praktycznie powinno być po meczu, gdyby Orłowski i spółka mieli lepiej nastawione celowniki. Po raz kolejny szanse na zdobycie bramki mieli Dominik Radziemski i Mateusz Sawicki. Ten pierwszy z uporem maniaka próbuje efektownie strzelić pod poprzeczkę, gdzie wydaje się, że mniej efektowne rozwiązanie byłoby skuteczniejsze. Co do Sawki to praktycznie co mecz ma bramkowe sytuacje, ale potrafi umieścić futbolówki w bramce. Gdyby grał z lepszym procentem skuteczności to miałby dwucyfrową liczbę zdobytych bramek niż skromne trzy.
Radziemski pod nieobecność Krawca, Morawskiego i Oświęcimki wziął na swoje braki rolę głównego dysponenta piłki w drugiej linii. Wydaje się, że lepiej mu to wychodzi niż gra na boku. Szkoda, że większego wsparcia w ofensywie nie miał od Grzegorza Michalaka, skupionego głównie na destrukcji. Jan Rytko z kolei kolekcjonuje żółte kartki i kto wie czy nie zostanie rekordzistą wśród wszystkich trzecioligowców. Pojawienie się na murawie Krawca przekonało wielu, że zawodnik daje wiele jakości w ofensywie Górnika.
Wśród gości mogliśmy zobaczyć niedawnych drugoligowców z Górnika. Patryk Janiczak nie może wygrać rywalizacji z Marcinem Gąsiorowskim, który w weekend podarował wręcz gola Ilance Rzepin. Kamil Mańkowski, który od wiosny ponownie gra we Wrocławiu, pokazał to z czego został zapamiętany z gry w Wałbrzychu. Dynamika działań, ale z drugiej strony okresy brak konkretów w ofensywie, co zresztą spowodowało przedwczesne opuszczenie boiska.
Po Ślęzie spodziewano się nieco więcej. Nie znaczy to jednak, że było to łatwe zwycięstwo. Nie od dziś wiadomo, że w meczu, gdzie przeciwnik stara się prowadzić otwartą grę, jest nieco więcej miejsca do ataku to i wałbrzyszanie potrafią więcej wypracować sobie niż w rywalizacji z murarzami skupionymi na głębokiej defensywie.
Przed piłkarzami Roberta Bubnowicza niezwykle ważne spotkania. W sobotę wyjazd do Legnicy, gdzie rezerwy Miedzi będą chciały się zrehabilitować za niespodziewaną porażkę w Rzepinie, później Derby Sudetów w Jeleniej Górze, gdzie z kolei Karkonosze będą chciały godnie pożegnać się z III liga, choć wiosną nie udało im się wygrać żadnego meczu. Wreszcie w sobotę wizyta KS Polkowice, czyli mecz ... sezonu (?).
W lidze coraz ciekawiej. O ile z degradacją pogodzono się w Kątach Wrocławskich, Lubsku, Jeleniej Górze, Świdnicy i Karninie, to grająca bez obciążenia Ilanka punktuje kolejnych rywali. W 8 wiosennych meczach aż 6 zwycięstw, porażka ze Ślęzą i kontrowersyjny walkower za Gać. Znakomita wiosenna dyspozycja Piasta Żmigród (5-1-2) wywindowała piłkarzy Grzegorza Podstawka na 5.miejsce. Po początkowym letargu przebudziły się zespoły Formacji Port 2000, Stilonu i Zagłębia II Lubin, które wciąż się liczą w walce o utrzymanie. Z kolei niepowodzenia Śląska II i Lechii spowodowały, że zaczęto w tych klubach oglądać się czujnie na zmieniającą się sytuację w tabeli, gdzie rywale niebezpiecznie się zbliżyli.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Wepa trafił do bramki

Wydarzeniem ostatniego, przedłużonego o poniedziałek, ligowego weekendu jest bramka zdobyta przez goalkeepera Termaliki Bruk-Bet Nieciecza. W przedłużonym czasie gry, gdy jego zespół przegrywał w Krakowie z Wisłą 1:2 powędrował na pole karne rywala, gdzie wykorzystał dośrodkowanie i fakt, że nikt go nie krył i głową doprowadził do wyrównania. Sebastian Nowak zawstydził wielu nie tylko napastników, ale i pozostałych graczy grających w polu.
Tomasz Wepa w meczu rezerw Podbeskidzia z Odrą (0:3)
W ten weekend swoją historyczną, bo pierwszą w nowych barwach, bramkę zdobył Tomasz Wepa. Były kapitan Górnika Wałbrzych nigdy nie grzeszył  skutecznością - głównie operujący w środku pola zawodnik w 201 występach w barwach biało-niebieskich zaliczył zaledwie 7 celnych trafień, z czego aż 5 w IV lidze (sezon 2008/09 - premierowy przy Ratuszowej). Rezultat cokolwiek zawstydzający. Między ostatnim celnym trafieniem w Górniku (09.06.2013 - 1:2 z Calisią), a pierwszym w Odrze Opole (23.04.2016 - 3:0 w Bielsku-Białej z Podbeskidziem II) minęły prawie ... trzy lata. Zdobycie kolejnej bramki zajęło Wepie aż 83 ligowe mecze!
Na trzecioligowych w nowych barwach na listę strzelców wpisał się Damian Lenkiewicz - w re-debiucie Jerzego Cyraka w Pelikanie Niechanowo (3:0 w Brodnicy ze Spartą). W grupie podlasko-warmińsko -mazurskiej w Nowym Miasteczku Lubawskim dwa punkty stracił lider Olimpia Elbląg (1:1 z miejscowym Finishparkietem) - u miejscowych Kamil Czapla wciąż nie może podnieść się z ławki rezerwowych, a cały mecz zaliczył Dawid Kubowicz. Przewaga elblążan nad MKS Ełk zmalała do punktu, a nad Huraganem Morąg do dwóch - zanosi się na ciekawy finisz.
Sporo, niestety, niezdrowych emocji było podczas meczu drużyny Bartosza Szepety Wisły Sandomierz,która ograła walczącą o utrzymanie Unię Tarnów 3:0. Goście kończyli w 10, w bramce stał zawodnik z pola, który puścił dwa gole, a po meczu doszło pomiędzy graczami do rękoczynów. Szepeta, podobnie jak Krystian Stolarczyk z Wisłą Działoszyn z dużym prawdopodobieństwem będą musieli dopisać do swoich piłkarskich CV degradację.
Paweł Oleksy
Z kolei Miłosz Trojak, który wiosną jest pewniakiem w defensywie rezerw Ruchu Chorzów, ma jeszcze matematyczne szanse na utrzymanie - 12.miejsce i strata 6 punktów do 7.miejsca na 8 meczów do końca rozgrywek. W chorzowskiej ekipie, tyle, że w pierwszej drużynie, niezbyt miło będzie wspominał ostatni mecz Paweł Oleksy. Popularni Niebiescy przyjechali do Lubina, na stadion doskonale znany Pawłowi, który spędził tam ładnych kilka lat. Mimo prowadzenie 1:0 goście przegrali aż 1:4, a bramkę nr 3 dla Zagłębia zaliczył samobójczym trafieniem właśnie Oleksy.  W tym sezonie serca chorzowskich kibiców Oleksy podbił trafieniami w obu prestiżowych meczach z Górnikiem Zabrze, ale niestety, ma na swym koncie już dwa trafienia do własnej bramki. W lutym przy Łazienkowskiej zaskoczył Matuśa Putnocky'ego w przegranym przez Ruch meczu z Legią 0:2. Oba samobóje były jak najbardziej przypadkowe i trudno przypuszczać, by miało to większe znaczenie dla Waldemara Fornalika przy ewentualnym pomijaniu Pawła przy ustalaniu składu.
Nie ma takiego szczęścia z kolei Michał Bartkowiak, który albo leczy kontuzje albo grywa w trzecioligowych rezerwach Śląska Wrocław. W 2016 roku zaliczył jedynie ławkę rezerwowych w jednym meczu - 20.04.2016 z Jagiellonią Białystok (3:1).

sobota, 23 kwietnia 2016

2:1 w Lubsku

Górnik w środę w Dzierżoniowie zdobył okręgowy Puchar Polski. W przeciwieństwie do dotychczasowych meczów nie był to spacerek i w zgodnej opinii obserwatorów Lechia była bardzo blisko ogrania wyżej notowanego rywala. Wystarczył rzut wolny Mateusza Krawca, kiks bramkarza Łukasza Malca, przypadkowy gol i puchar powędrował do rąk wałbrzyszan. Trener Robert Bubnowicz nie odpuszcza i znów wystawił teoretycznie najsilniejszy zestaw nazwisk z kadry I zespołu. Zabrakło Kamila Jarosińskiego, którego zastąpił zaledwie 17-letni Bartłomiej Ziobro, co prawda tylko na protokole, bowiem w bramce zagrał Damian Jaroszewski. Wygraną nad Lechią wałbrzyszanie okupili urazami Damiana Migalskiego (jeszcze na rozgrzewce), Jana Rytko i Marcina Orłowskiego, którego w roli kapitana odbierającego trofeum z rąk prezesa OZPN Wałbrzych zastąpił Jaroszewski. Bramkę i pomeczowe wypowiedzi można zobaczyć w materiale tvsudecka:
Może zabrzmieć śmiesznie porównanie wałbrzyszan z mocniejszymi drużynami, ale w obecnym sezonie większość zespołów łączących przygodę pucharową z ligową młócką źle na tym wychodzi. Dla Śląska czy Jagiellonii europejskie puchary spowodowały, że zespoły nie tylko nie zagrają w Europie w nadchodzącym sezonie, ale muszą walczyć o utrzymanie. Poznański Lech musi liczyć na zdobycie Pucharu Polski by zagrać w europejskich pucharach, a Zagłębie Sosnowiec osiągając półfinał PP okupiła porażkami w lidze i odpadnięciem z walki o awans do ekstraklasy. Czy pucharowa tegoroczna przygoda odbije się czkawką wałbrzyszanom w III lidze?
Do Lubska na spotkanie z najsłabszym, obok Bystrzycy Kąty Wrocławskie zespołem, Górnik pojechał bez Damiana Migalskiego i oczywiście bez Michała Oświęcimki, który tę rundę ma z głowy. Wrócili do ligowego składu Jarosiński i dawno nie oglądany Grzegorz Michalak. Marcin Morawski z Janem Rytko usiedli na ławce rezerwowych, ale tylko po to,by nie było wstydliwej bardzo skromnej liczby rezerwowych. Stadionowy spiker zapowiedział również jako rezerwowego Filipa Brzezińskiego, którego - podobnie jak asystenta Piotra Przerywacza - w Lubsku w ogóle nie było. Kapitan zespołu Marcin Orłowski wystąpił ze specjalnym opatrunkiem. Nowinką w ustawieniu był występ Mateusza Krzymińskiego na prawej pomocy.
Nie wiem kto przekazywał boiskowe informacje redaktorowi strony skibasport.pl, która przeprowadziła relację z meczu, ale w zdecydowanej większości mija się ona z prawdą. Wynik 2:1 jest wielce mylący. Górnik przez cały mecz miał ogromną przewagę, a rywale byli po prostu najsłabszą ekipą grającą przeciwko biało-niebieskim. Nawet jesienią KP Brzeg Dolny, czy Bystrzyca prezentowały się o wiele lepiej. Jedynym problemem w odniesieniu zwycięstwa dla piłkarzy Górnika mogli być... oni sami.
Rozgrzewka przedmeczowa w Lubsku
Na początku meczu kuriozalna sytuacja: Jarosiński chce wybijać piłkę i trafia nią w Orzecha, futbolówkę przejmują gospodarze i Grzegorz Michalak musi ratować się faulem 20 metrów od bramki wałbrzyszan. Całe szczęście, że większość uderzeń z wolnego kończyła się na murze. Szybko jednak goście przejęli inicjatywę. Gol dla Górnika padł po rzucie wolnym, ale nie z 30 metrów jak sugeruje red. Skiba. Krzymiński chciał przerzucić piłkę nad rywalem, który odbił piłkę ręką nad/za linią pola karnego. Sędzia główny gwizdnął po interwencji bocznego, ale przewinienie wyciągnęli za "16". Mateusz Krawiec zamienił wolnego na bramkę, a była to chyba najładniejsza ze zdobytych przez niego z tego stałego fragmentu gry. Po wznowieniu ze środka Budowlani tracą piłkę, a Górnik momentalnie przeprowadza kontrę, po której Mateusz Sawicki staje oko w oko z Manuelem Kowalskim. Sawka przeczekał bramkarza, a mimo to jego sygnalizowane uderzenie bramkarz wybił piłkę na róg! Później sytuację miał m.in. Dominik Radziemski, który POWINIEN zagrać do nie obstawionego Krzymińskiego, a zdecydował się na strzał.
To, że niewykorzystane sytuacje się mszczą wałbrzyszanie przekonali się boleśnie w ostatnim ligowym meczu ze Świdnicą. I teraz była powtórka z rozrywki. Bartosz Tyktor sfaulował rywala na środku pola, lubszczanie wznowili grę jednak kilkanaście metrów od przewinienia - z miejsca gdzie zawodnik dorwał po prostu piłkę i zagrał na lewe skrzydło. Na nic zdały się protesty wałbrzyszan, bowiem kapitan miejscowych miał na tyle czasu i miejsca by dośrodkować, a w polu karnym Kamil Kuźmiński głową pakuje piłkę do siatki i mieliśmy remis! Nie zmieniło to przebiegu meczu, bowiem wciąż wałbrzyszanie atakowali. Po rzucie wolnym Radziemskiego Orłowski trafia w poprzeczkę, nieco później akcję gości ręką przerywa jeden z obrońców Budowlanych na 40 metrze za co ogląda żółtą kartkę (a nie za faul jak pisze skibasport.pl). Aż w końcu popisowa akcja Sawickiego z Orlowskim, najlepszy snajper Górnika uciekł przed faulem jednego rywala, a już drugi trafił w jego nogi i sędziemu nie pozostało nic innego jak podyktować jedenastkę. Rzut karny wykonany a'la Panenka i goście prowadzili 2:1.
Po przerwie Krzymińskiego zmienił Mateusz Sobiesierski, który kilkakrotnie udanie dryblingiem zgubił rywala, dał dobrą zmianę. Pierwszy kwadrans po przerwie to naprawdę lekcja futbolu udzielona Budowlanym przez wałbrzyszan. Szybkie akcje, głównie konstruowane lewą stroną, miejscowi nie mogący wyjść z własnej połowy. Najbliżej zdobycia bramki byli Sawicki z Krawcem, ten drugi mógł zagrać do lepiej ustawionych Orłowskiego czy Sobiesierskiego, ale zdecydował się na uderzenie, po którym piłka otarła poprzeczkę i poszybowała nad bramką. Budowlani nie mieli pomysłu na grę wałbrzyszan, która z czasem stała się coraz wolniejsza i prowadzona w tempie wręcz spacerowym. Piłkarze z Lubska nie atakowali wysoko wychodząc z założenia, że i tak rywale popełnią błędy i zgubią piłkę. I nie pomylili się. Niewymuszone błędy, straty piłki spowodowały, że żółte kartki zobaczyli Dominik Radziemski i Dariusz Michalak. Powinien za wejście z tyłu w nogi rywala napomnienie zobaczyć również Sławomir Orzech. Gospodarze i tak powinni zdobyć bramkę, gdy zakotłowało się po kontrze w polu karnym, a po uderzeniu Owsianego piłka odbiła się od poprzeczki. W końcówce wałbrzyszanie lepiej naregulowali celowniki i mógł się wykazać Manuel Kowalski, który wybijał na rzuty rożne strzały Sawickiego, Orłowskiego i Radziemskiego. W końcówce na trybunach rozległo się głośne "jeeest", gdy strzał z rzutu wolnego ląduje na bocznej siatce, a większość obserwatorów widziała ją w siatce.
Na minutę przed końcem kapitalną akcję Górnika przerwali miejscowi faulem na wychodzącym sam na sam Krawcem. Wolny i żółta kartka, choć arbiter mógł pokazać śmiało czerwoną. Uderzenie Marcina Orłowskiego w ładnym stylu obronił Kowalski. W miejsce Krawca wszedł Michał Tytman, który w środę zadebiutował w seniorach w pucharze, a w sobotę zalicza ligowy debiut.
2:1 to wynik za niski, wałbrzyszanie przez większość meczu bawili się piłką, ale nic konkretnego z tego nie wynikało. O mały włos nie zostali przez to skarceni, udało się uniknąć kolejnych kontuzji, ale martwią kolejne kartki.
Obiekt w 15-tysięcznym Lubsku robi o wiele lepsze wrażenie niż w Kątach Wrocławskich. Miejscowy OSiR to nie tylko zadbana płyta piłkarska, ale i boisko orlik, boisko wielofunkcyjne, boisko do siatkówki plażowej, skatepark, siłownia, a do tego miejsce na wypicie napojów pod parasolami. Trybuny to kilkaset czystych siedzisk wypełnionych w większości przez miejscowych kibiców. Po przerwie, gdy zaczął padać rzęsisty deszcz więcej niż połowa po prostu ... opuściła obiekt. Do tego w przerwie loteria biletowa. Piłkarzom wychodzących na mecz towarzyszyła ... piosenka Ricka Astleya, co zapewne zdziwiło większość piłkarzy przyzwyczajona do innego stadionowego repertuaru.
Na meczu zabrakło zorganizowanej grupy kibiców Górnika, choć policja była przygotowana na jej przyjazd. Już na rogatkach Żar czujnie wypatrywał aut z wałbrzyskimi numerami rejestracyjnymi patrol prewencji. Na trybunach stadionu w Lubsku nie zabrakło jednak starszych, ale wiernych kibiców Górnika, którzy spokojnie z szalikiem na szyi mogli oglądać mecz w towarzystwie miejscowych fanów, bez żadnych problemów.
 Meczem w Lubsku wałbrzyszanie kończą w tym sezonie wyjazdy na boiska w województwie lubuskim. O ile w rundzie jesiennej Górnik nie mógł ich dobrze wspominać (porażka w Karninie, remis w Rzepinie), to wiosną z Mostek, Gorzowa Wlkp. i właśnie z Lubska lider wywiózł komplet punktów.

Jerzy Cyrak wrócił do Niechanowa

Nie wiedzie się w bieżącym sezonie trenerom, którzy w przeszłości pracowali, czy to w roli piłkarza czy szkoleniowca, w Wałbrzychu. W ekstraklasie Tadeusz Pawłowski został najpierw urlopowany ze Śląska Wrocław, a później zwolniony z kolejnego miejsca pracy - Wisły Kraków. Czas pokazał, że następcy osiągnęli o wiele lepsze rezultaty i naprawdę trudno teraz będzie jemu wrócić na trenerską karuzelę na najwyższym szczeblu. Tymczasowym, jako się okazało, następcą we Wrocławiu został Grzegorz Kowalski, który szybko ustąpił miejsca Romualdowi Szukiełowiczowi. Wiosną popularny Kowal wrócił na trenerską ławkę wrocławskiej Ślęzy w trzeciej lidze. W zespole outsidera ekstraklasy Górniku Zabrze przez dłuższy czas mieliśmy wałbrzyskiego łącznika. Drużyna rozpoczęła sezon pod wodzą Roberta Warzycha, który po czwartej kolejce (1 punkt zdobyty) został zluzowany przez Leszka Ojrzyńskiego. Ten z kolei po dwóch miesiącach pracy sztab szkoleniowy powiększył o Jerzego Cyraka, który w ub. sezonie spadł z Górnikiem Wałbrzych z drugiej ligi, a bieżący sezon rozpoczął z beniaminkiem III ligi kujawsko - pomorsko - wielkopolskiej Pelikanem Niechanowo.
Przygoda Cyraka z Zabrzem zakończyła się fiaskiem. Trener Ojrzyński, w przeciwieństwie do swego poprzednika, mógł liczyć na kolejne transfery, których ilość nie przeszła w jakość. Czara goryczy, zarówno u kibiców, a potem w zarządzie klubu, przelała się po kilkunastu dniach tegorocznego grania. Cztery mecze, jeden punkt, zero zdobytych bramek, a przede wszystkim styl, a dokładniej jego brak, spowodowały, że pożegnano bez żalu zarówno trenera Ojrzyńskiego jak i członków jego sztabu.
Niektórzy spodziewali się, że Jerzy Cyrak zaliczy kolejne miękkie lądowanie, gdy wrocławski Śląsk objął Mariusz Rumak, który w poznańskim Lechu współpracował właśnie z Cyrakiem. Wybór padł jednak na młodszego brata Jerzego Dudka - Dariusza, a jak czas pokazał, były szkoleniowiec wałbrzyskiego Górnika długo nie przebywał na trenerskim bezrobociu.
W środę 20 kwietnia kadra zawodnicza Pelikana Niechanowo została oficjalnie poinformowana o zakończeniu współpracy z trenerem Sławomirem Majakiem, a dzień później odbył się pierwszy trening pod okiem nowego-starego trenera Pelikana Jerzego Cyraka.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Pelikan osiągał niezadowalające wyniki pod okiem byłego reprezentanta Polski. Sławomir Majak, w przeciwieństwie do swego poprzednika i zarazem następcy, ma bogatsze doświadczenie w pracy z seniorami, bo trenuje ich już od dekady. Od znanych zespołów Concordii Piotrków Trybunalski, Lechii Tomaszów Mazowiecki, Czarnych Żagań czy Calisii Kalisz po wręcz anonimowe zespoły Orlicza Suchedniów i Świtu Kamieńsk. Pelikan Niechanowo objął po 10.kolejce, gdy ten zajmował 5.miejsce ze stratą 9 punktów do prowadzącego duetu Warta Poznań - Jarota Jarocin. Zostawił na ... trzecim ze stratą zaledwie 4 punktów do prowadzącej Warty i punktu do rezerw Lecha. Co więcej, gdyby wziąć pod uwagę termin kadencji Majaka to wyjdzie, że nie było w tej grupie III ligi lepszej drużyny:
W tym roku kalendarzowym Pelikan uzyskał następujące wyniki:
w Start Warlubie 3:0
d Sokół Kleczew 2:2
d Ostrovia 2:0
d Unia Swarzędz 3:0
w Warta Poznań (lider) 1:0
d KKS Kalisz 1:2
Takich wyników nie jedna drużyna pozazdrości beniaminkowi z Niechanowa. Tymczasem w Pelikanie doszli do wniosku, że lepsze wyniki osiągnie zespół pod wodzą Jerzego Cyraka. Cóż, byłemu piłkarzowi i trenerowi Górnika Wałbrzych życzyć należy jak najlepiej, ale poprzeczkę trener Majak zawiesił mu dość wysoko. Co ciekawe, po powrocie do Wielkopolski w klubie spotka się z sprowadzonym zimą Damianem Lenkiewiczem, którego 12 miesięcy wcześniej ściągnął do Wałbrzycha z legnickiej Miedzi - oby tym razem współpraca obu panów była bardziej efektywna niż przy Ratuszowej.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Klub 100 Górnika Wałbrzych

Od sobotniego meczu Górnika Wałbrzych z Polonią-Stalą Świdnica działa "Klub Stu Górnika Wałbrzych". O tym napisała oficjalna strona klubu. Póki co na temat działalności klubu nie wiadomo... nic. Po meczach mają się spotykać biznesmeni, byli i obecni piłkarze, działacze, przyjaciele futbolu. Karta VIP upoważni nie tylko do darmowego wstępu na mecz, ale i kateringowego spotkania. Klub chce stworzyć warunki do nawiązywania kontaktów biznesowych, które pomogą wesprzeć lokalną gospodarkę, a także piłkę nożną i klub. Tyle można przeczytać na oficjalnej witrynie, gdzie został zamieszczony również list prezesa Górnika Tomasza Jakackiego (poniżej).
W czerwcu miną dwa lata prezesury p. Jakackiego, którego osoba mocno związana z wałbrzyską strefą ekonomiczną miała pobudzić współpracę firm z klubem. Póki co efektów wymiernych nie ma - brak transparentności bilansu finansowego nie pozwala określić czy zadłużenie się zmniejszyło, czy stać klub na awans. A przypomnijmy, że mogą awansować zarówno seniorzy jak i juniorzy. Dla przeciętnego fana piłki klub postrzegany jest przez rezultaty drużyny seniorów, a za kadencji Jakackiego była degradacja, a obecnie niepewność czy aby na pewno wszyscy chcą w Wałbrzychu by Górnik wrócił do drugiej ligi. Brak transferów zimą, odwołanie zgrupowania oraz powszechnie krążąca opinia, że przy Ratuszowej nie ma ciśnienia na awans na pewno niezbyt pozytywnie obrazuje obecny stan finansów klubu.
O Klubie 100 póki co nie wiemy nic - na mecze chodzą głównie te same osoby lokalnego biznesu mocniej lub mniej związanych z futbolem. Regularnie też odbywają się mecze piłkarskie z udziałem co niektórych z nich. Liczba STO w nazwie inicjatywy może sugerować, że ideą jest zgromadzenie jak największej liczby przedsiębiorców, drobnych sponsorów, którzy by wspomagali sport, a przy okazji wypracowane kontakty biznesowe w klubie mogły procentować w codziennym biznesie.
Nie jest to nowatorski pomysł, bowiem już w Wałbrzychu próby takiej inicjatywy były podejmowane kilkakrotnie. Podczas meczu ze Świdnicą na trybunach gościł m.in. Piotr Ek, który pod koniec lat 90-tych pełnił rolę wiceprezesa Sportowej Spółki Akcyjnej Górnik, gdy prezesem był Włodzimierz Kwaśniewski. W 1999 roku, gdy piłkarze wywalczyli awans z IV do III ligi w wałbrzyskim Ratuszu przez ówczesny zarząd został przedstawiony program pod szumną nazwą "Ekstraklasa". Owszem pisano wówczas o kontaktach, współpracy, promocji, zaproszeń do 80 firm, ale życie brutalnie zweryfikowało plany. Był nawet cennik, w którym cenny sprzed 17 lat mogą robić nawet dziś wrażenie - stałym współpracownikiem klubu można było zostać za 500 złotych/miesięcznie, partner klubu - 1000, sponsor - 2000, oficjalny - 5 000, a główny sponsor - 10 000. Sponsor strategiczny miał wnosić w aporcie 5% rocznego budżetu wycenianego na 2-3 miliony na szczeblu II ligi, ale w zamian mógł wnieść swoją nazwę do nazwy drużyny. Cóż, plany na papierze wyglądały obiecująco, ale mając w pamięci, że ten sam zarząd 12 miesięcy wcześniej wycofał drużynę z rozgrywek II ligi po bardzo udanym sezonie, bo nie zamknął budżetu, do którego zabrakło 14 tysięcy- można było się spodziewać fiaska całego przedsięwzięcia. I niestety tak też się stało. Górnik udanie zaczął rozgrywki w III lidze, wiosną już zabrakło pieniędzy na nadmorski wyjazd, by od nowego sezonu grać już jako Stowarzyszenie Górnik/Zagłębie a nie SSA.
Później były inne inicjatywy, głównie organizowane przez ... kibiców. Stowarzyszenie "Wielki Górnik" z 2005 czy "Górnik Biznes Club" zarejestrowany cztery lata później sukcesów ostatecznie nie odniosły, choć plany były ambitne.
Czy obecny Klub 100 to będą tylko towarzyskie pogadanki pomeczowe czy faktyczne działania na rzecz klubu, piłki nożnej w mieście? Na razie nie wiadomo, ale przeszłość pokazuje, że wielkich nadziei nie ma co sobie w tej kwestii robić.
Przeciwko przemawiać brak spektakularnych sukcesów finansowych kadencji Tomasza Jakackiego, choć zwolennicy będą pisać o zmniejszeniu (?) zadłużenia, czy zmianach strukturalnych w pionie szkoleniowym klubu. Górnik Wałbrzych jest największym klubem futbolowym w ponad stutysięcznym mieście i jego miejsce, choćby ze względu na sportowe tradycje jest w wyższej klasie niż trzecia. Może w końcu środowisko biznesu mniejszego jak i tego większego, zwłaszcza ze strefy, zrozumie, że sukcesy sportowe klubu to również wizytówka miasta, znakomity nośnik reklamowy, często tańszy niż komercyjna reklama w mediach. Czas jubileuszu to również znakomita okazja przełamania lodów i mobilizacji, by w końcu sport zespołowy osiągnął sukces podparty mocnym wsparciem wałbrzyskiego biznesu. A w przypadku piłkarzy będzie to niewątpliwie awans.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Pierwszy gol w seniorach Popowicza

Latem 2015, jak w każdy okres pomiędzy sezonami, kluby testują zawodników. Górnik Wałbrzych po spadku z drugiej ligi musiał pożegnać się z większością zawodników spoza miasta. Największym wzięciem cieszył się wyróżniający się wiosną Rafał Figiel, który wraz z Dominikiem Bronisławskim trafił do Rakowa Częstochowa. Dla wspomnianego duetu oznaczało pozostanie na trzecim poziomie rozgrywek. Szczebel wyżej trafił z Ratuszowej zawodnik dla większości kibiców wałbrzyskich wręcz anonimowy. Mowa o Kamilu Popowiczu, który przeszedł sito sprawdzianów w pierwszoligowej Olimpii Grudziądz i podpisał umowę z zespołem trenowanym przez Tomasza Asensky'ego. Nie udało się to z kolei obecnym podporom wałbrzyskiej defensywy Dariuszowi Michalakowi i Bartoszowi Tyktorowi - etatowych uczestników wszelakich testów. Po miesiącu treningów w pierwszoligowcu został wypożyczony do trzecioligowego Startu Warlubie. Jesień Olimpii w I lidze była tragiczna, nie pomogły dwie zmiany szkoleniowców, dopiero zimowe porządki w kadrze i wiosenne sukcesy pozwoliły przedłużyć szansę na utrzymanie. Na chwilę obecną grudziądzanie zajmuje już barażowe miejsce (15), ale do dwunastej Chojniczanki traci ledwie dwa punkty!
Popowicz w Wągrowcu
W III lidze kujawsko-pomorsko-wielkopolskiej nie brak uznanych firm, doskonale znanych wałbrzyskim kibicom z czasów drugoligowej rywalizacji w grupie zachodniej. Jesień należała niespodziewanie do Jaroty Jarocin, gdzie zimą nawarstwiły się problemy finansowo - organizacyjnie i obecnie trwa odwrót niedawnego lidera (obecnie już miejsce nr 4). Lideruje poznańska Warta przed rezerwami Lecha oraz rewelacyjnym beniaminkiem Pelikanem Niechanowo, gdzie sezon w roli szkoleniowca rozpoczął Jerzy Cyrak, a wiosną gra Damian Lenkiewicz - były gracz Górnika Wałbrzych, a ostatnio rezerw Miedzi. W strefie spadkowej mocno zakopały się zespoły Ostrovii czy Nielby Wągrowiec - swego czasu solidnych drugoligowców, a obecnie ostro pikujących w kierunku IV ligi. Na styku, czyli granicy między utrzymaniem a degradacją jest m.in. KKS Kalisz czy Elana Toruń, ekipy znane, mające za sobą sporą grupę kibiców. Obok nich jest Start Warlubie - absolutny kopciuszek, który dekadę temu grał w ... C klasie! Później awanse z sezonu na sezon aż krótki dwuletni postój w IV lidze, a obecny sezon jest nr 3 w III lidze. W 2014 Start został wyprzedzony tylko przez Sokoła Kleczew, rok później ponownie druga lokata za Wartą Poznań, a obecnie dopiero dziewiąta lokata co jest niewątpliwie małym rozczarowaniem.
Popowicz, grający ze statusem młodzieżowca, jesienią zbytnio się nie nagrał - 9 meczów, w tym jeden pełny i żółto-czerwony występ przeciwko Unii Swarzędz. Wiosną Kamil dostał więcej szans w bloku defensywym Startu,a od kwietnia wskoczył nie tylko do podstawowego składu, ale i zalicza pełne 90 minut. W ostatni weekend w Wągrowcu zagrał przeciwko Nielbie (4:1) i zdobył w 13 minucie swoją pierwszą bramkę na szczeblu seniorów.
Kamil Popowicz pochodzi z Bielska Białej i jest wychowankiem BBTS Podbeskidzia. Po krótkiej przygodzie w UMKS Piaseczno, w 2014 na rok trafił do Górnika Wałbrzych. Być może dobra gra w Warlubiu spowoduje powrót do Grudziądza, a w perspektywie debiut na zapleczu ekstraklasy?

niedziela, 17 kwietnia 2016

Twierdza Amina

Wałbrzyszanie nigdy nie potrafili wygrać obu spotkań ze świdniczanami w sezonie. Co więcej, sąsiad zza miedzy często napsuł krwi urywając punkty faworytowi z Ratuszowej, a tym samym komplikując walkę o awans do wyższej ligi. Wiosna sezonu 1995/96,  kroczący ku powrotowi do II ligi, czyli zaplecza ekstraklasy Klub Piłkarski Wałbrzych doznaje jedynej domowej porażki właśnie z Polonią Świdnica. Trzy lata później wałbrzyszanie, wycofani z II ligi prowadzą w rozgrywkach IV ligi  - wiosną podejmują Polonię Świdnica, którą jesienią wypunktowali na wyjeździe aż 3:0. Szalone zwroty sytuacji, kuriozalne gole i sensacyjny remis 4:4. Wreszcie sezon 2009/10 finisz sezonu, gdzie w Świdnicy Polonia/Sparta niespodziewanie urywa punkty liderowi z Wałbrzycha remisując 0:0. Górnik musiał sporo się napocić w następnych meczach, by utrzymać fotel lidera i po dramatycznym meczu w Nowej Soli świętować awans do II ligi.
Wiosna 2016 - Górnik prowadzi w tabeli III ligi, Polonia-Stal Świdnica w tabeli wyprzedza jedynie wycofany z rozgrywek KP Brzeg Dolny oraz duet Bystrzyca Kąty Wrocławskie-Budowlani Lubsko. W ligowej tabeli kalendarzowej wiosny'16 podopieczni Piotra Bolkowskiego zajmowali ostatnie miejsce po przegraniu wszystkich 5 spotkań, w tym 3 w Świdnicy. Faworyt mógł być tylko jeden i nie byli to goście.
Gospodarze po 4 kolejnych wygranych wrócili na fotel lidera i zapewne liczyli na kolejne 3 punkty w sobotnim meczu przeciwko Polonii-Stali. Trener Robert Bubnowicz nie mógł co prawda skorzystać z wykartkowanego Jana Rytko, ale do zdrowia powrócił Marcin Morawski, do meczowej kadry wrócił Grzegorz Michalak, a oprócz tego w roli w rezerwowych mogliśmy oglądać aż 5 młodzieżowców, co w przypadku Górnika nie jest normą. Po raz pierwszy w meczowej kadrze znalazł się Dominik Woźniak. Czas pokazał, że mecz potoczył się w taki sposób, że żaden z asów drużyny juniorów nie otrzymał szansy gry w III lidze.
Piotr Bolkowski nieco zaskoczył zestawieniem na mecz z liderem. Na lewej obronie zagrał Mirosław Marszałek (rocznik 1982), a w pomocy Dariusz Filipczak, który od Marszałka jest starszy o ... 8 lat! Szybkość już nie ta u obu panów i wyraźnie to było widać. Aż się prosiło, by wałbrzyszanie częściej przeprowadzali akcję prawym korytarzem, gdzie Dominik Radziemski odjeżdżał rywalowi niczym pendolino w porównaniu z drezyną. Ciężko zapamiętać jakąś akcję Filipczaka w środkowej strefie - piłkarz, który w latach 90-tych rywalizował m.in. z Grzegorzem Krawcem, w sobotę ogrywany często był przez jego syna Mateusza. W dodatku siłę uderzeniową świdniczan szybko osłabił uraz Jehora Tarnowa, który musiał opuścić boisko. Mimo to ukraiński zawodnik mógł szybko skarcić miejscowych. Najpierw jego dośrodkowanie w pole karne z rzutu wolnego nabrało niebezpiecznej rotacji i Kamil Jarosiński miał nieco problemów ze złapaniem piłki, a kilka minut potem wybrał drybling zamiast podać do nadbiegającego kolegi, co przyniosło jedynie stratę piłki. Górnik w I połowie przeważał, ale tradycyjnie zawodził w decydującym momencie. Najlepszą okazję miał Mateusz Sawicki, który przegrał pojedynek sam na sam z Aminem Stitou, który wybronił dobitkę Marcina Orłowskiego.
Świdnicki bramkarz w przeszłości był przez różne media przymierzany do Górnika, gdy ten jeszcze grał w II lidze. Jak w rzeczywistości Stitou był blisko przeprowadzki na Ratuszową? Nie wiadomo. Jednak po takim meczu jak w sobotę zapewne wielu by chciało, by o miejsce w bramce wałbrzyszan z Jarosińskim właśnie rywalizował Amin.
Armin Stitou - sobotni koszmar wałbrzyszan.
[foto: B.Nowak -walbrzych24.com/strona klubowa]
Druga połowa zaczęła się w opadach deszczu przy porywistym wietrze, a kończyła się praktycznie w słońcu. Wałbrzyszanie nie tylko wciąż posiadali przewagę, ale wreszcie zaczęli stwarzać realne zagrożenie pod bramką świdniczan. Pod koniec pierwszego kwadransa gry drugiej odsłony padł wyczekiwany gol. Rzut wolny spod linii bocznej, dośrodkowanie Mateusza Krawca, piłka otrzymuje rotację przy wietrze i ląduje w bramce gości! Owszem Stitou mógł się lepiej zachować, ale bez pomocy natury raczej do tej bramki by nie doszło. Po objęciu prowadzenia Górnik złapał luz, piłka często krążyła jak po sznurku. Już kilkadziesiąt sekund po bramce mecz powinien zamknąć Damian Migalski, którego strzał minął bramkę. Szanse swoje mieli Sawicki, Orłowski oraz Krawiec. Migalski po odbiorze Orłowskiego i kilku kiksach defensorów ze Świdnicy biegł samotnie na bramkę Stitou i posłał futbolówkę obok niej! Gdy bramki dla gospodarzy wisiały w powietrzu Piotr Bolkowski zaczął przeprowadzać zmiany, które jak się okazały kluczowe. Doskonale znany w Wałbrzychu Paweł Tobiasz zmienił wolniutkiego Marszałka i już Górnik nie mógł tak bezkarnie hasać prawym skrzydłem. Kamil Szczygieł napsuł sporo krwi na lewej stronie lidera i stał się bohaterem meczu. Najpierw jednak padło wyrównanie, co było co najmniej szokujące. Jeden z nielicznych ataków gości przyniósł im rzut wolny zza pola karnego - uderzenie Wojciecha Sowy odbija się jeszcze od muru i Kamil Jarosiński bez szans. Wiosną Górnik u siebie stracił dwie bramki i obie z rzutów wolnych, ba w obu spotkaniach z Polonią-Stalą Jarosiński został pokonany z rzutów wolnych. Przewaga wałbrzyszan w ostatnim kwadransie była przygniatająca, a mimo to gol nieco uskrzydlił rywali. Już kapitan świdniczan mógł skarcić defensywę rywala, ale nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem. Inna sprawa, że Grzegorz Borowy mógł być w szoku jak łatwo znalazł się w tej doskonałej sytuacji - Michalak ograny na raz, a Tyktor po prostu się poślizgnął i upadł. Pod koniec meczu strzał Migalskiego nie sięgnął (w końcu!) Stitou, ale ubezpieczał go Michał Sudoł wybijając z pustej bramki piłkę na rzut rożny. Chwilę potem kolejna kontra Polonii-Stali, znów indywidualne błędy (nawet wielbłądy) obrońców Górnika i Kamil Szczygieł z ostrego kąta posyła piłkę obok Jarosińskiego. 1:2. O ile już remis był szokiem to jak teraz nazwać wygraną świdniczan?
Koniec meczu i pierwsza domowa porażka Górnika stała się faktem w tym sezonie. Dobrze, że wicelider z Polkowic nie wygrał swego spotkania i został zachowany status quo w tabeli.
Futbol bywa przewrotny, bo zarówno wszelkie argumenty przemawiały za Górnikiem, również przebieg meczu, ilość stworzonych sytuacji. To nie był zły mecz wałbrzyszan, ani dobry świdniczan, a mimo to pierwsza wiosenna zdobycz punktowa Polonii-Stali stała się faktem.
Po meczu zapewne dużo się będzie mówić, pisać o nieskuteczności Damiana Migalskiego. 19-latek mógł spokojnie skompletować hat-tricka, a w niektórych sytuacjach pod bramką Stitou wręcz się skompromitował. Mimo to nie ma co pastwić się nad młodym napastnikiem, który wciąż zdobywa doświadczenie, którego najwyraźniej zabrakło w tym meczu. Zresztą to faulu na nim był rzut wolny, który przyniósł bramkę Górnikowi. Migalski ponadto więcej był w sytuacji strzeleckiej niż Marcin Orłowski, który zapewne liczył na dogonienie, o ile nie przegonienie w klasyfikacji strzelców Drzazgi, którego wiosną nie oglądamy na trzecioligowych boiskach. Inna sprawa, że Orzeł grał nieco cofnięty, wikłał się w pojedynki w środku pola, a osamotniony Migalski musiał walczyć o górne piłki z wyższymi o głowę stoperami.
Szkoda, że wciąż nie oglądaliśmy żadnego z piłkarzy drużyny juniorów Piotra Przerywacza. Kto wie czy któryś z nich nie podwyższyłby wyniku osobiście lub swoją grą nie dał argumentów Robertowi Bubnowiczowi na częstsze sięganie po młodych piłkarzy.
MECZ NA TRYBUNACH
W końcu kupując bilet na mecz nie trzeba było się legitymować. Naprawdę te procedury wielu zniechęcają na wizytę na Stadionie 1000-lecia. Powrócił nie tylko catering, który w zimną pogodę cieszył się popularnością, ale asortyment wzbogacony został o niskoprocentowe piwo. Niektórzy łudzili się na powrót najzagorzalszych fanów na swój sektor czy wspólny doping z fanami ze Świdnicy, tak jak choćby miało miejsce jesienią. Niestety, impas na linii zarząd - kibice trwa. Liczba czterystu widzów jest zdecydowanie zawyżona. Na trybunie zadaszonej, która w ogóle nie sprawdza się w warunkach atmosferycznych jakie panowały w sobotę, pojawiły się dawne gwiazdy Górnika. Obecność Krzysztof  Truszczyńskiego nie mogła dziwić, skoro jego syn reprezentuje barwy Polonii-Stali. Oprócz niego prawdziwa sztafeta pokoleń od Ryszarda Walusiaka, Andrzeja Dębskiego, Grzegorza Krawca poprzez Krzysztofa Lakusa, Sławomira Radziemskiego po pokolenie Marka Wojtarowicza. Pojawił się na trybunach również dawno niewidziany Piotr Ek - wiceprezes Górnik S.S.A. z końca lat 90-tych ubiegłego stulecia, który zasłynął w czasach gry w IV lidze mówiąc, że na początku XXI wieku znów wałbrzyszanie będą grać na zapleczu ekstraklasy.
Przed Górnikiem teraz wyjazd na mecz z teoretycznie najsłabszym rywalem w tej rundzie - Budowlanymi Lubsko. Mając w pamięci mecze w Kątach Wrocławskich i właśnie z Polonią-Stalą lidera czeka piekielnie ciężka przeprawa, mimo, że beniaminek z Lubska wiosną nie zdobył na boisku nawet punktu.